Nic dziwnego, Peter Hammill otarł się bowiem o nią całkiem niedawno, gdy trzy lata temu, dokładnie dzień po ukończeniu prac nad albumem "Incoherence" przeszedł zawał serca. Od tego czasu, po szybkim powrocie do zdrowia, zamiast się oszczędzać, narzucił sobie zabójcze tempo pracy. Jakby zaczął się spieszyć, dynamizując kolejne artystyczne projekty i zamierzenia.
59-letni obecnie Hammill ostatnie lata, jakie minęły od jego zdrowotnych problemów, wypełnił bardzo skrupulatnie: reaktywował po wielu latach VDGG, nagrywając z zespołem nową, bardzo udaną płytę "Present", mnóstwo koncertował, zajęty był ponadto reedycjami swych starych solowych albumów, a jakby tego było mało, obecnie powraca ze swoją 29. solową płytą w dyskografii! Ufff!
"Singularity" jest dziełem szczególnym. Tym razem Hammill sam, od początku do końca, stworzył, nagrał i wyprodukował całość materiału. Całkiem tak jakby rozmowy o śmierci prowadzić można było jedynie samotnie.
Artysta gra tutaj na wszystkich instrumentach, wykonuje złożone, wielogłosowe partie wokalne, jest autorem, tworzywem i twórcą. Rzadko się zdarza, by jakakolwiek płyta w takim stopniu powstawała w oderwaniu od świata i ludzi.
Hammill drąży ludzkie skłonności do rozpamiętywania historii prywatnych i powszechnych. Dotyka problematyki pamięci i zapominania. Ten artysta zawsze zresztą śpiewał o miłości, ludzkich szaleństwach, polityce i religii. Jego teksty często nawiązują do wielkiej literatury, np. do islandzkich sag. I nigdy nie są w swojej wymowie optymistyczne. Aura tajemniczości to znak rozpoznawczy tego artysty.
Jednak wbrew pozorom "Singularity" nie jest płytą minorową i przesadnie mroczną. Tematy związane ze śmiercią, odchodzeniem i przemijaniem Hammill traktuje z dużą dawką autoironii, dystansu oraz czarnego, pełnego przekąsu humoru.
Zamiast dramatyzmu odnajdujemy tu dojmujący smutek wymieszany z dumą i pogodzeniem się z własną śmiertelnością. Spojrzenia rzucane w kierunku ciemnej strony życia koegzystują z osobistą odwagą zmierzenia się z nią.
Osiem songów i jedna awangardowa miniaturka fortepianowa ewidentnie nawiązują do wczesnej działalności solowej Petera Hammilla. Do niełatwej muzyki, w której dominują zakłócenia melodii i rytmu. Momentami poetycki i liryczny, artysta co chwilę pokazuje jednak zadziorny pazur.
Elektryczna gitara oraz dźwiękowy zgiełk poprzetykane są smakowitymi akustycznymi momentami. Masa pomysłów, niełatwe piękno poszczególnych kompozycji, znakomita dyspozycja wokalna oraz
tradycyjnie już świetne teksty sprawiają, iż Hammill obdarował nas kolejnym kapitalnym albumem, który mimo, iż niczym szczególnym nas nie zaskakuje, stanowi kolejne idealne ogniwo jego
artystycznej opowieści, którą, wbrew własnej śmiertelności, toczy od kilkudziesięciu lat.