Eksplozja mody na surowego rocka owocuje nie tylko wysypem młodych gniewnych grup, ale też powrotami weteranów. Mudhoney powstał przeszło ćwierć wieku temu i choć nie zdobyli takiego rozgłosu jak Nirvana, Pearl Jam czy Soundgarden, to im przypada tytuł pierwszych ambasadorów brzmienia Seattle.
Dziś, gdy osłabło zamieszanie wokół zjawiska grunge, można posłuchać ich muzyki bez przesadnie podgrzewanych emocji. I co? Jest świetnie.
Siła i spontaniczność grania Mudhoney ani przez chwilę nie pozwala odczuć upływu lat. Osadzona w drapieżnej garażowej manierze, rozpędzona fuzja hard rocka i punka sprawia wrażenie, jakbyśmy słuchali wspólnego jamu Black Sabbath i Iggy'ego Popa.
Tyle że tekstowe odniesienia do politycznych realiów współczesnej Ameryki i świeże brzmienie lokują tę muzykę tu i teraz.
Mudhoney z kapitalnym wyczuciem wplatają do swej muzyki sekcję dętą, a całość kończą dziką improwizacją. Efekt piorunujący!
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|