Jak to jest być córką bohatera, o którego upomina się cała Polska?

Ja tego tak nie odbieram. Dorastałam za granicą, ojciec zawsze był dla mnie ojcem, a nie bardem "Solidarności". Przyjeżdżałam do Polski, spotykałam ludzi zaangażowanych w walkę z komunizmem podczas stanu wojennego, dla których ojciec jest ikoną. To ciągle jest dla mnie wzruszające, ale mówiąc szczerze, na takiej samej zasadzie jak los Martina Luthera Kinga czy Nelsona Mandeli. Jeśli chodzi o oczekiwania, które wiążą z moją osobą niektórzy wielbiciele mojego ojca, to ja się wychowywałam w innych czasach i realiach i mam inne cele. Choć, gdyby ojciec żył, jeden cel mielibyśmy wspólny. Myślę o poświęceniu się dla sztuki.

Ojciec chciał, żeby została pani artystką? Czy tak należy rozumieć słowa "Testamentu": "Paci zabawek nie pomnożę /A zapisuję jej przestrogę /Że choć się wiecznie bawić może - /Nie taką jej wyśniłem drogę"?

Ojciec uważał, że skłonność do zabawy jest cechą artysty, wiecznego dziecka. Myślę jednak, że chciał mi oszczędzić tej drogi życiowej, ale podejrzewał, że pójdę w jego ślady.

Przygotowywał panią do tej roli?

Nie. W pewnym sensie był moim mentorem. Wpoił mi fascynację sztuką.

W jaki sposób? Podsuwał pani lektury, zabierał do kina, na koncerty i wystawy?

Tak. Toczyliśmy potem dyskusje na ich temat. Surowo oceniał moje próby literackie czy malarskie. Jeżeli mu się nie spodobały, ignorował je. Ale jeżeli uważał, że były dobre, nie szczędził pochwał, potrafił o tym długo opowiadać. Stawiał wielki nacisk na impuls, instynkt, przekonywał, że trzeba pisać czy malować, tak jak się czuje w danej chwili, nie redagować i nie korygować, nie bać się wizji, która jest poza naszą kontrolą.

Wierzył w natchnienie?

Sądzę, że tak.

Zapamiętała pani szczególnie jakiś obejrzany wspólnie z ojcem film, wystawę czy rozmowę o lekturze?

Jeszcze przed chorobą ojca, w 2001 roku, byliśmy w galerii w Perth na wystawie obrazów namalowanych przez absolwentów, którzy na maturze zdawali egzamin z plastyki. Byłam trzynastolatką i nie miałam pojęcia o sztuce wizualnej, ale strasznie krytykowałam niektóre obrazy. Ojciec kontrował: - A jak ty byś to zrobiła? - pytał. W ten sposób uświadamiał mi, że oceniać artystę i jego dzieło może każdy, ale tylko konstruktywna krytyka ma sens. Kiedyś pisałam list do znajomego, do którego miałam wielki żal. Zapytałam, jak mam to ubrać w słowa. - Przemyśl i napisz całą prawdę - odparł ojciec. On przykładał wielką wagę do słowa pisanego. Uważał, że to, co napisane, musi być prawdziwe.

Przyleciała pani do Polski, żeby śpiewać pieśni Jacka Kaczmarskiego?

Przyleciałam, żeby spotkać się z rodziną, sprawdzić, co mogę zrobić w sprawie przyznania mi polskiego obywatelstwa. Po dwóch tygodniach podjęłam decyzję, że zostaję. Australia jest bardzo zamerykanizowanym krajem... Nudziłam się tam. Piosenki Jacka Kaczmarskiego to utwory trudne do zaśpiewania, świetny materiał do trenowania dykcji i dlatego zaczęłam je śpiewać. Ale to są pieśni mojego ojca, są zapisem jego doświadczenia, a nie mojego. Nie sądzę, żebym śpiewała je dłużej, niż jest to konieczne.

A jak długo jest to konieczne?

Dotychczas nie osiągnęłam niczego, co dawałoby mi prawo do odcięcia się od spuścizny po ojcu. Rozumiem, że wielu ludzi widzi we mnie córkę barda i chce, żebym propagowała jego dokonania, ale ja myślę o autorskiej twórczości. Mogę śpiewać te piosenki, ale przekaz nigdy nie będzie ten sam. Nie chcę być zaszufladkowana jako interpretatorka jego utworów. Nie chcę być postrzegana jako córka znanego ojca, która wykorzystuje jego legendę dla kariery.

Czuje się pani Australijką czy Polką?

Kosmopolką (śmiech). Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to arogancko, ale wiążę swoje dzieciństwo, naiwność i poczucie bezpieczeństwa z Australią. Ale żyć pełnią zaczęłam dopiero w Polsce. W Australii nie ma klimatu dla twórczości. Nie znam żadnego dobrego współczesnego poety australijskiego, literatura o większych ambicjach nie jest ceniona, podobnie jak jej twórcy, dominuje komercja. W Australii wszystko jest uporządkowane, żyje się łatwo, ale nudno, zupełnie inaczej niż w Polsce. Być może dlatego Australia nie interesuje się poetami, a poeci nie interesują się Australią.

Czego nowego dowiedziała się pani o ojcu z jego piosenek?

Tkwiłam w przekonaniu, że ojciec nie potrafił uświadomić sobie swoich lęków i niedoskonałości. Śpiewając jego piosenki, odkryłam, że miał wiele samokrytycyzmu i dystansu do własnej osoby. On wiedział o swoich wadach, ale nie potrafił o nich mówić. Robił to w niektórych utworach. Pisał pięknie o słabościach, raju i piekle, a w życiu codziennym nie umiał być tak szlachetny. Był bardzo skomplikowaną osobowością, myślę, że nie do końca potrafił sam siebie zrozumieć i być może dlatego popadł w chorobę alkoholową.

Jaki obraz ojca utrwalił się pani w pamięci?

Rzadko mieliśmy okazję być ze sobą, co mnie nawet cieszyło, bo bywał nerwowy i agresywny. Rzadko dawał odczuć, że jest fajnym tatą. Był wrażliwy, bardzo wymagający, a zarazem dziecinny. Pieklił się o jakieś drobnostki. Wtedy tego nie rozumiałam. Dziś myślę, że działo się tak także dlatego, że odebrałam mu matkę. Bo związek moich rodziców wyglądał tak, że mama opiekowała się ojcem. Wraz z moim przyjściem na świat to się zmieniło, on przestał być najważniejszy. Ojciec był o mnie zazdrosny.

Widziałem kilka koncertów Jacka Kaczmarskiego. Pamiętam, że bardzo nerwowo reagował na pomyłki oświetleniowców i akustyków, a podczas próby strasznie zbeształ ekipę telewizyjną. Występy go stresowały?

Ojciec był perfekcjonistą, niesłychanie poważnie podchodził do kontaktów z publicznością. Te jego dziecinne w gruncie rzeczy wybuchy miały głębsze podłoże. On chyba przeczuwał, że długo nie pożyje, dlatego żył łapczywie, zachłystywał się chwilą. Pił, palił i kochał za czterech. To pięknie brzmi, ale dla rodziny to nie były miłe chwile. Ojciec żył koncertami, kochał scenę, ale to go wyniszczało. Nie potrafił oddzielić życia od sztuki, prywatności od pracy zawodowej. A kiedy mu się to udawało, czuł się dziwnie i szukał pocieszenia w butelce.

Jak reagował na wizerunek wieszcza, którego widziały w nim miliony Polaków?

Myślę, że ojciec napisał i nagrał "Mury", bo świetnie wyczuł ducha czasu. Wiedział, co zrobić, żeby zaistnieć. W sensie marketingowym to było bardzo trafne posunięcie. Potem legenda zaczęła mu trochę ciążyć, choć do końca był z niej dumny i cenił publiczność, która widziała w nim barda "Solidarności". Świadczą o tym jego późniejsze, solowe programy, którym bliżej do poezji śpiewanej niż zaangażowanych politycznie protest songów.

Wystąpiła pani na koncertach z grupą Habakuk, która nagrała płytę z utworami Jacka Kaczmarskiego. Muzyka reggae to dobry patent na prezentację pieśni pani ojca dzisiaj?

Reggae jest muzyką buntu. To ambitny projekt, będący próbą dotarcia z tymi tekstami do młodej generacji. Co prawda, niektóre interpretacje Habakuka grzeszą przerostem formy nad treścią, melodia i rytm przytłaczają przekaz i tekst. Świetna jest natomiast "Modlitwa o wschodzie słońca", "Arka Noego" i "Krzyk".

Dwadzieścia pięć lat temu pieśni Jacka Kaczmarskiego zagrzewały do walki o wolność. Co dziś mogą znaleźć w nich młodzi Polacy?

Ich przesłanie jest uniwersalne. Komunizm upadł, ale w Polsce nadal jest z czym walczyć. Z nietolerancją, ignorancją, homofobią... Ta lista jest bardzo długa.

Jak przyjaciele Jacka Kaczmarskiego zareagowali na to, że córka śpiewa jego piosenki?

Życzliwym milczeniem. Czekają na moje autorskie dokonania. Moim opiekunem artystycznym jest Jan Pietrzak, w którego kabarecie śpiewam co tydzień. Wspiera mnie i pomaga nie tylko w sprawach zawodowych.

Jakie ma pani artystyczne plany?

Przygotowałam tom wierszy, który ukaże się jeszcze w tym roku. Chcę podjąć studia aktorskie, a jeśli się nie uda, to kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Mam nadzieję, że zdam egzamin z języka polskiego...

Bez obaw, świetnie pani mówi po polsku...

Mam nadzieję... Do Australii na stałe już nie wrócę.