Jak długie są przygotowania do koncertu typu "unplugged"?

Na świecie trwają nawet pół roku. Ja nie miałam takiego luksusu, był miesiąc intensywnej pracy. Na początku troszeczkę nie doceniliśmy tematu. Wydawało nam się, że najprościej będzie zaadaptować piosenki i pozamieniać instrumenty na akustyczne. Okazało się to trochę trudniejsze, ponieważ te utwory przestały po prostu brzmieć, jak oczekiwaliśmy. Trzeba było się uelastycznić i pozmieniać aranżacje. Były też trudności ze skompletowaniem muzyków. Okazało się, że cykl "MTV Unplugged" wywołuje u ludzi dziwne ambicje, chęć zabłyśnięcia, traktują go jako ważny punkt kariery i stawiają warunki, chcą być w pierwszej linii, grać solówki.

Co dla ciebie jest najważniejsze?

Myślałam, że fajnie jest wspólnie coś stworzyć, ważna jest pasja i miłość do muzyki. Żałuję, że nikt mnie już nie zaprasza do śpiewania chórków. Uwielbiam tę pracę, uwielbiam być kołem zębatym w wielkiej machinie.

W swojej karierze zaśpiewałaś może nawet nie dziesiątki, a setki chórków i duetów. Czy masz jakiś ulubiony?

Ostatnio w "Trójce" był dzień ze mną i gdy siedziałam wieczorem w kuchni, przypomniano utwór Tiltu "Mówię ci, że", w którym zaśpiewałam moje pierwsze chórki. Śmiesznie się poczułam, bo wtedy nic nie wiedziałam na temat śpiewania, uczyłam się budowania harmonii, korzystania ze strun głosowych. Aż sama się zdziwiłam, z jakim sentymentem słuchałam tej piosenki.

Nie lubisz być na pierwszej linii?

Nie o to chodzi. Lubię po prostu współtworzyć muzykę i jest mi wszystko jedno, czy będę stała z przodu, czy z tyłu. Nie jest ważne, w jakiej roli występuję, nie muszę dawać twarzy, kiedy mogę uczestniczyć w czymś wartościowym. Podejrzewam nawet, że zza kurtyny potrafiłabym cieszyć się współdziałaniem. Mam szczęście znać ludzi, którzy podobnie odczuwają. Zresztą nawet moją działalnością wydawniczą daję na to dowód.

Mam wrażenie, że to współdziałanie, o którym mówisz, i przyjaźń, są bardzo ważne nie tylko w twoim życiu, ale również w działalności twojej wytwórni płytowej Kayax. Czy nie pod tym kątem dobierasz artystów?

My dopiero nawiązujemy z nimi przyjaźnie. Natomiast bardzo istotne jest, aby współpracować z fajnymi ludźmi. Codzienność, w której się spotykamy, wymaga relacji na innych gruntach, choćby kultury osobistej, porządku, bycia fair. I rzeczywiście, zanim podpiszemy kontrakt, analizujemy, jacy są to ludzie. I do tej pory ta sztuka się udawała. Nasze kontakty daleko wykraczają poza ramy zawodowe, często spotykamy się prywatnie, świętujemy narodziny dzieci. To są bardzo wartościowi ludzie. Ich pasje są zaraźliwe, oni dają nam straszliwego kopa, my się ciągle od nich uczymy.

Czego?

Odwagi nieschlebiania masowym gustom. Dla nas priorytetem zawsze była sztuka, poziom artystyczny, a nie czysta kalkulacja, ile można zarobić. Oczywiście zdarzały się złote strzały, ale szczerze powiem, że przerastały nasze oczekiwania. Takim niesamowitym strzałem był Kiljański. Podejrzewałam, że wypełni lukę na rynku, natomiast nigdy nie spodziewałam się, że jego sukces będzie tak spektakularny. Albo Smolik, który dotychczas bardzo skromnie dłubał te piękne piosenki bez nachalnych komercyjnych dźwięków, a teraz jest posiadaczem złotej płyty, czy sukces Marysi Peszek, wydawałoby się artystki niszowej.

Przewidujesz w najbliższym czasie jakiś kolejny złoty strzał?

Nigdy nie zajmuję się takimi rzeczami. Nawet tworząc, nie analizuję, z jakim przyjęciem może się spotkać moja muzyka. Jednak wiem, że ogromnym zainteresowaniem cieszyć się będzie płyta Tatiany Okupnik, którą wydamy lada moment. Zresztą Kayax nam się ostatnio rozrósł o nowe pomysły, czyli Kayaxcom. I to "com" może jednocześnie odnosić się do "commercial", jak i do "compilation". "Commercial", bo do tej pory kayaksowa oferta była bardzo niszowa, a jest mnóstwo artystów, których muzyka dotychczas nie pasowała do naszego wizerunku. "Compilation", bo przygotowujemy kompilację "Music For Boys And Gays". Wymyśliłam to jakiś czas temu, kiedy zorientowałam się, jak mocne jest w Polsce środowisko gejowskie i jak silna jest dezaprobata i nietolerancja dla niego. W tej chwili ten tytuł nabrał niemal politycznego wydźwięku.

Zaczęłaś współpracę z Partią Kobiet Manueli Gretkowskiej. Jaka jest twoja w niej rola? Tylko popierasz, czy masz zamiar być czynnym działaczem?

Dałam przyzwolenie Manueli do posługiwania się moim imieniem i wizerunkiem. Nie mogę się godzić na to, żeby mówiono o kobietach bez kobiet, a to ma miejsce cały czas.

Jakie masz oczekiwania?

Przede wszystkim liczę na to, że kobieta przestanie być sprowadzona jedynie do swoich funkcji biologicznych. W głowie mi się nie mieści, że w XXI wieku musimy udowadniać, że mamy rozum i prawo do własnego ciała. Z przerażeniem stwierdzam, że lokuje to Polskę gdzieś w trzecim, a nawet czwartym świecie. Nie może być szczęśliwy naród, w którym nieszczęśliwe, nieusatysfakcjonowane i pomijane są kobiety.

Czy myślałaś, aby w przyszłości zająć się polityką?

Polityka mnie przeraża. Zawsze uważałam, że się na niej nie znam. Co więcej, nigdy nie pamiętałam, od jakich słów są partyjne skróty, jakie mają te partie programy, polityków nie znałam z nazwisk. Ale wszystko się pozmieniało, oni stali się gwiazdami tabloidów, nawet moje ośmioletnie dziecko zna nazwiska. Niestety, kojarzymy je przeważnie z aferami, przekrętami, obciachem, kompromitacją, a nie z konstruktywnymi zmianami na lepsze czy nawet samym programem. Od dwudziestu lat jestem świadoma sytuacji w Polsce, ale od dwóch czuję potrzebę zaangażowania. Zrozumiałam, że jako osoba publiczna mam mocniejszy głos. Być może czas wesprzeć jakieś mądre działania na arenie politycznej, choćby takie, do jakich namawia mnie Manuela.