Dziennik Gazeta Prawana logo

Prototyp "kobiety punk"

13 października 2007, 14:18
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Patti Smith, nazywana "matką chrzestną punku", nagrała właśnie nową płytę. Z amerykańską artystką rozmawiamy nie tylko o rewolucyjnej muzyce, ale też o życiu w Stanach Zjednoczonych pod rządami Busha, Jezusie Chrystusie, miłości do Rimbauda i życiu na marginesie wielkiego muzycznego show businessu.
W swojej książce "Babel" napisałaś: "W innej dekadzie rock and roll będzie sztuką". Myślisz, że teraz nie jest?

Dziś znajdujemy się w momencie przejściowym. Bardziej eksplorujemy możliwości technologiczne niż artystyczne. Kiedyś, gdy zaczęto tworzyć kino, też tak było. Nie zajmowano się niczym innym jak techniką. Nie ważne, czego chcą masy lub co sprzedaje przemysł. Rock będzie znów poetycki i rewolucyjny.

Czy musiałaś z czegoś zrezygnować, by wejść w męski świat rocka?

Nigdy nie czułam, że muszę coś poświęcać. Nie mam problemu z konfliktem męski-żeński. Uwierzcie mi, ale o wiele bardziej komfortowo czuję się w towarzystwie mężczyzn. A że rock tworzą głównie faceci, mam się tu całkiem nieźle. Większość osób, które posłużyły mi za przykład, to byli tacy mężczyźni jak Bob Dylan, Jim Morrison czy Jimi Hendrix. Z tym, że nie na pewno.

Jak to?

Dla mnie gwiazda rockowa zawsze była obojnacza: Hendrix miał w sobie wiele kobiecej atrakcyjności, tak samo jak Mick Jagger.

Kiedy poczułaś, że urodziłaś się do rocka?

Byłam małą dziewczynką. Miałam jakieś 5 czy 6 lat. Pamiętam, że moja mama zaprowadzała mnie na religię. Tamtego popołudnia przechodziłyśmy obok chłopaków, którzy słuchali jakiejś piosenki na malutkim odtwarzaczu. To był Little Richard; nie wiem, czy słuchali "Tutti Frutti" czy "The Girl Can't Help It". Ta piosenka miała tyle energii, że się podekscytowałam, puściłam rękę mamy i pobiegłam w stronę magnetofonu. A ona krzyczała: "Patti Lee! Wracaj mi tutaj, wracaj!". Ale muzyka tak mnie pochłonęła, że musiała ciągnąć mnie za rękaw, żebym poszła na lekcje Biblii. Tamtego dnia doznałam olśnienia: dzień, w którym odkryłam rock and roll.
Mój ojciec nie był ateistą, był agnostykiem. Nie był człowiekiem, który by zakazywał religii, bo sam szukał olśnienia. Moja matka była bardziej tradycyjna. Od matki nauczyłam się porządnej dyscypliny. Część Biblii znam na pamięć! Ale od ojca nauczyłam się, że nie można zadowolić się tylko jednym, religijnym punktem widzenia, że trzeba wciąż szukać.

W dzieciństwie nie było ci lekko...

Moi rodzice mieli czwórkę dzieci i wciąż brakowało im pieniędzy. Moja matka musiała pracować i jednocześnie zajmować się nami. Prasowała dla ludzi. Zawsze jednak była bardzo pozytywnie nastawiona. Opowiadała nam różne historie. Kiedy byliśmy głodni, wymyślała bajki, jak mieliśmy tylko chleb, sprawiała, że czuliśmy się z tego powodu szczęściarzami. Nigdy nie mówiła "Och, mamy tylko ten bochenek". Mówiła: "Patrzcie, mamy chleb! To jest chleb życia, to coś pięknego". Nauczyła nas bycia poetycko wdzięcznymi; lubiła też czytać i podzieliła się ze mną swoją miłością do książek. Nigdy nie czułam się niekochana. Więc tak naprawdę moje dzieciństwo nie było łatwe, ale całkiem ok.

Miałaś wówczas jakiś kontakt ze sztuką?

Dorastałam w bardzo nudnej części New Jersey, bez muzeów, bibliotek, a bardzo lubiłam kulturę i sztukę. Imałam się różnych prac, zbierałam borówki na polach i dostałam marną pracę w fabryce. Moja matka była kelnerką, ale ja chciałam czegoś innego: bycia artystką, chciałam wyjść w świat, podróżować, walczyć z niesprawiedliwością. Pewnego dnia wsiadłam do autobusu, pojechałam do Nowego Jorku, mieszkałam jaki czas na ulicy, aż poznałam fotografa Roberta Mapplethorpe'a. Zamieszkaliśmy razem i szybko złapałam kontakt z poetycką i rockową sceną Nowego Jorku. Ale prawda jest taka, że nigdy nie chciałam pieniędzy ani sławy, chciałam zostawić po sobie ślad w rocku. Wydaje mi się, że wypełniłam tę misję.

Niektórzy uważają cię za prototyp "kobiety punk". Jak na to reagujesz?

Doszło nawet do tego, że nazwali mnie "babcią punk", ale nie przejmuję się tym. Mój związek z punkiem nie przejawia się w tym, co negatywne. Punk nie destruuje mnie, jak na przykład zrobił to z Sex Pistols. Moją ideą była pozytywna anarchia. Nigdy nie starałam się sprzeciwiać ideom hippisowskim, jak inne punki. Grałam w pubie CBGB z grupą Television i, oczywiście, byliśmy przeciwko wojnie, tak jak hippisi. Tak jak oni wierzyliśmy w uniwersalną jedność i komunikację. Późniejsze angielskie zespoły przeciwstawiły się ruchowi hippisowskiemu.

Zadedykowałaś płytę "Gone again" mężowi, Fredowi "Sonic" Smithowi tuż po jego śmierci. Czy to on był odpowiedzialny za twoje "zaszycie się w zaciszu domowym" w latach 80-tych?

Nie, w tamtych latach miałam inne cele: studiowanie religii, wychowanie dzieci. Miałam dość rockowego biznesu, a Fred pokazał mi wtedy tyle rzeczy, których wciąż jeszcze się uczę. Nadal się z nim komunikuję, choć już ze mną nie jest. Moja matka, mój ojciec, brat i przyjaciele, jak Robert (Mapplethorpe), to zmarli, z którymi żyję.

Na albumie "Gung Ho" znalazła się z kolei dedykacja dla Ho Chi Minha, a w "Trampin" złożyłaś hołd Ghandiemu. Jak w twojej politycznej wizji harmonizują rewolucjonista i pacyfista?

Obaj byli jednakowo rewolucyjni. Jezus Chrystus taki był. Wszyscy oni chcieli, żeby ludzie powstali i byli świadomi samych siebie. Mają wspólne postrzeganie sprawiedliwości. To, co mnie naprawdę interesuje w tych postaciach, to w jaki sposób jednostka może stworzyć ideę, która posłuży za inspirację do tego, by ludzie zmienili swoją rzeczywistość. Do tego nawiązuję, kiedy śpiewam "Siła dla ludzi" lub kiedy optuję za partią zielonych. Wychwalam jednostkę, która nawołuje masy do zmian.

Jak czujesz się, żyjąc w Stanach Zjednoczonych Busha?

Nie jestem obrażona, tylko przygnębiona, gdy codziennie wstaję z łóżka. Ale jestem optymistką. Bush zmienił świat w miejsce o wiele gorzej skomunikowane i niebezpieczne. Dał bardzo zły przykład, napadając i okupując Irak. Ponownie wprowadził do życia imperializm. Ale jako naród my, Amerykanie, jesteśmy wytrzymali, a ja jestem skłonna walczyć o pokój.

Czujesz, że jesteś dziś na marginesie rocka?

Zawsze byłam na marginesie, zawsze czułam, że byłam poza tym wszystkim. Nie przeszkadza mi to. Jak powiedział Dylan: "Aby żyć poza prawem, wystarczy być uczciwym". Ja więc staram się być uczciwa w swojej pracy i zawsze mówić prawdę. Zapłatą za to jest marginalność.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj