Dziennik Gazeta Prawana logo

Leszek Możdżer: Śpiewam na lotniskach i dworcach

13 października 2007, 14:39
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
Leszek Możdżer co chwilę podejmuje nowe wyzwania. Niedawno na rynku ukazała się płyta "Pasodoble" nagrana wspólnie z Larsem Danielsonem, wkrótce premiera kolejnego albumu "Melisa". Poza tym pianista skomponował muzykę do "Ślubów panieńskich" wystawianych przez Jana Englerta w Teatrze Narodowym, a już wkrótce napisze oprawę dźwiękową do "Operetki" Witolda Gombrowicza.

Za chwilę na sklepowych półkach ukaże się kolejna płyta z twoim udziałem: "Melisa", którą nagrałeś z Przemkiem Dyakowskim. Skąd ten pomysł?

Od Przemka Dyakowskiego wszystko się zaczęło. Jako animator jazzowego życia na Wybrzeżu postanowił zorganizować koncert Zbyszka Namysowskiego z lokalną sekcją rytmiczną i ja się wtedy tam znalazłem. Od tego koncertu wszystko się zmieniło. Namysłowski wziął mnie do swojego zespołu, po dwóch miesiącach zadzwonił Tomasz Stańko, przez którego poznałem Zbigniewa Preisnera. Gdyby nie Przemek, rzeczy wyglądałyby inaczej.

Jesteś producentem całej sesji?

Ta płyta powstawała dobry rok, przeprowadziliśmy z Przemkiem sporo dyskusji na jej temat. Pierwsze sesje odbyły się bez mojego udziału, w kilku utworach zagrał Sławek Jaskułke. To jest autorska płyta Przemka, nie chciałem jej zdominować, ale włożyłem w nią sporo producenckiej pracy.

Należy się więc spodziewać płyty zdecydowanie jazzowej?

Zdecydowanie tak, nawet bardzo jazzowej, Są tu utwory swingowe, ballady, jest rasowa jazzowa sekcja rytmiczna itd., choć znajdują się tam także kawałki bardziej otwarte, przestrzenne. Może to trochę poprawi humor tym, co tak martwią się brakiem jazzu w moim jazzie.

O ile wiem, na tym albumie także śpiewasz. Odkryłeś w sobie zdolności wokalne? Czyżby przestał ci wystarczać fortepian?

Namówiłem Przemka na to, żeby na płycie zamieścić piosenkę, a on mnie na to, żebym ją sam zaśpiewał. Tekst napisał Larry Okey Ugwu, Nigeryjczyk mieszkający w Sopocie, szef Nadbałtyckiego Centrum Kultury. Moja "wokalistyka" to raczej żart, dużo podśpiewuję sobie pod nosem na lotniskach i dworcach, ćwiczę sobie wtedy intonację, próbuję wyczuć rezonatory w czaszce. Oczywiście niezbyt głośno, żeby mnie nikt nie brał za wariata. Tak też zaśpiewałem tę piosenkę w studio: cicho i pod nosem. Głos ludzki to instrument wymagający ćwiczeń i pielęgnacji, zdaję sobie z tego sprawę. Nie jestem wokalistą.

Ruszacie w trasę w ramach spłaty długu wobec Przemka, czy poprzestaniesz na udziale w płycie.

Z trasą będzie ciężko. Chyba żeby nastąpiła w 2008 r. W 2007 kalendarz mam już na tyle pełny, że trasy koncertowej nie bardzo dałoby się zaplanować. Moe pojedyncze koncerty, kto wie. Trasy na pewno nie. A szkoda, bo "Melisa" to dobry program na klub jazzowy.

Dobrze się czujesz w sytuacji muzyka sesyjnego?

Bardzo dobrze. Wbrew pozorom jest to o wiele łatwiejsza, bardziej komfortowa rola. Trzeba tylko przyjść na nagranie i być w formie przez parę godzin sesji. Kompozytor czy producent ryzykuje znacznie więcej, wkłada więcej pracy, musi mieć wizję całości i możliwości organizacyjne. Komponowanie to nie tylko zapisywanie nut na papier, to również wykonywanie telefonów, dobieranie wykonawców, organizowanie sesji nagraniowych.

No właśnie, skoro jesteśmy przy komponowaniu. Mógłbyś opowiedzieć, co spowodowało, że przyjąłeś propozycję skomponowania muzyki do przedstawienia Aleksandra Fredry "Śluby panieńskie"?

Jan Englert (śmiech). To zresztą niezwykła historia. Przechodziłem koło Teatru Narodowego i w tym momencie zadzwoniła moja menedżerka, mówiąc, że jest propozycja, żeby napisać muzykę dla teatru. Kilkanaście minut później byłem już umówiony z panem Janem Englertem. Przyjął mnie w swoim gabinecie i praktycznie nie dał żadnych możliwości wyboru, po prostu powiedział, czego oczekuje i na kiedy to ma być gotowe. Ten człowiek ma taką charyzmę, że nie mogłem mu odmówić.

Miał jakieś konkretne oczekiwania?

Powiedział, że chciałby zagrać Fredrę Czechowem. Kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi, nie potrafiłem sobie wyobrazić, na czym polega tego rodzaju granie Fredry. Powiedział też, że tak naprawdę potrzebuje jednego tematu, który wyrażałby tęsknotę za utraconą miłością. Tematu, który wyrażałby przemijanie, smutek, grzebanie we wspomnieniach. W spektaklu użyte zostały fragmenty późnych tekstów Fredry "Zapiski Starucha", więc dystans do wszystkich miłosnych uniesień powinien być też słyszalny w muzyce. Koniec końców, kompletnie oszołomiony wyszedłem z teatru z kontraktem w ręku i terminem oddania pracy.

A potem?

Potem pozostało mi tylko napisać temat, nagrać w paru wersjach i możliwie szybko dostarczyć na próby. Zastanawiając się nad tym, jak z dystansem opowiedzieć o miłości, doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie zagwizdać tę melodię. Tak też zrobiłem i zostawiłem płytę na portierni.

Chcesz powiedzieć, że Jan Englert zaakceptował propozycję bez zmrużenia oka?

Oczywiście przed premierą bardzo intensywnie dopracowywaliśmy poszczególne fragmenty muzyki, ale od samego początku okazało się, że dobrze się rozumiemy. Jan Englert jasno i wyraźnie mówi, o co mu chodzi, to jest bardzo cenna umiejętność u reżysera. Z doświadczenia wiem, że z tym bywa różnie. Podoba mi się zdanie, które powiedział kiedyś Zbigniew Preisner: "Kompozytor w teatrze może pogadać do reżysera tyle, co koń do woźnicy". Dlatego tak ważne jest, żeby woźnica umiał się jasno wyrażać.

27 kwietnia trafia do sklepów na świecie twoja najnowsza płyta, nagrana wspólnie z Larsem Danielsonem, zatytuowana "Pasodoble".

Nagraliśmy ją w grudniu, zaraz po zakończeniu trasy "Between Us And The Light". Mieliśmy do dyspozycji świetne nieduże studio w Goeteborgu. Lubię tę płytę, uważam, że bardzo się udała.

W jednym z wywiadów Zohar Fresco powiedział, że wasze trio to dzisiaj zespół jego życia. Tymczasem ukazuje się płyta bez niego. Czyżby w dream teamie nie układało się najlepiej?

W żadnym wypadku. Producent Siggy Loch, właściciel wytwórni ACT Music, najzwyczajniej w świecie zamówił u nas płytę w duecie. Te sprawy nie mają ze sobą zupełnie nic wspólnego. "Pasodoble" w najmniejszym stopniu nie wpływa na to, co dzieje się w trio Możdżer/Danielsson/Fresco, a wręcz mu pomaga, bo stajemy się coraz bardziej zgrani z Larsem. Tak naprawdę każdy z nas wie o swoich indywidualnych planach i nie mamy z tym żadnego problemu. Byłoby absurdem oczekiwać, abyśmy nagrywali tylko w takim składzie. Ostatecznie jesteśmy wolnymi ludźmi.

"Pasodoble" to twoja pierwsza jazzowa płyta, która trafi do światowej dystrybucji. Wiążesz z tym jakieś plany, rodzą się w tobie nadzieje na karierę w skali makro?

Tak, mam nadzieję, że to przyniesie wymierne efekty. ACT Music ma wszystkie narzędzia, aby zapewnić nam w Europie promocję z prawdziwego zdarzenia. Na pewno przełoży się to na rozpoznawanie mojego nazwiska na szerszym rynku. Mam wywiady w prasie niemieckiej, z całego świata dostajemy propozycje koncertów. Przyznam, że jest to dla mnie bardzo komfortowa sytuacja, ponieważ stoi za mną nie tylko muzyka, którą gram, ale także cała machina firmowa organizująca plakaty, zdjęcia, wywiady, koncerty.

Czy już widać efekty wspomnianych działań promocyjnych ACT Music? Macie już zaplanowaną trasę koncertową?

Na razie wpadają pojedyncze koncerty, widziałem też dużo zapowiedzi, płyta jest widoczna w europejskiej prasie fachowej. To mnie w zupełności satysfakcjonuje. Szykuje się sporo pracy w duecie z Larsem w tym roku. Tomasz Stańko powiedział kiedyś, że jazz to jest jedyna muzyka, w której błąd jest pewnego rodzaju pomysłem koncepcyjnym. W jazzie błąd często służy tu za budulec, to jest prawda o tej muzyce i dlatego właśnie granie jazzu sprawia muzykom tyle przyjemności. Przepięknie mylił się Miles, Herbie Hancock, czy John Coltrane. Uwielbiam słuchać, jak mylą się mistrzowie. Takie błędy mają klasę, jeszcze im dodają wielkości. Za swoimi błędami natomiast nie przepadam.

Jakiś rok temu powiedziałeś: "Zrobiłem w życiu tyle nagrań na zamówienie, e trochę pogubiłem poczucie własnego smaku, a taśma produkcyjna ciągle pracuje, wyrzucając z siebie żałosne resztki wymarzonych fraz i dźwięków". Jak jest dzisiaj?

Rzeczywiście kiedyś tak powiedziałem. Byłem wtedy bardzo przepracowany i nie mniej sfrustrowany. Dzisiaj sytuacja się drastycznie zmieniła i wygląda o wiele lepiej.

Doprawdy? W jednym miesiącu kończysz trasę w trio, nagrywasz płytę w duecie, rozpoczynasz pisanie muzyki do "Ślubów panieńskich", mówisz, że najbliższe wolne terminy, aby zagrać trasę, masz dopiero w 2008 r. Czy na pewno dużo się zmieniło?

Zdecydowanie tak. Możesz uwierzyć na słowo. Trochę dojrzałem. Ciągle interesuje mnie muzyka w różnych odmianach, różnych stylistykach i odsłonach i po prostu chcę to robić. Kiedyś robiłem o wiele więcej niż kiedyś. Teraz zdarza mi się pospać do południa, spokojnie zjeść śniadanie. Poza tym mam wreszcie menedżera, który chroni mnie przed przyjmowaniem niektórych propozycji. Tak naprawdę mam kogoś, kto chroni mnie przed samym sobą. Dzisiaj mam ten komfort, że robię już tylko te rzeczy, które naprawdę chcę robić. Wszystkie projekty, o których rozmawialiśmy, bezdyskusyjnie chciałem zrobić, tak zresztą jak muzykę do "Operetki" Gombrowicza, którą aktualnie mam na warsztacie. Robimy "Operetkę" we wrocławskim Teatrze Capitol - to scena bardzo konsekwentnie budująca swoją markę. W przedstawieniu weźmie udział cała ekipa z PUB-u 700, spektakl wyreżyseruje Michał Zadara. Szykuje się sporo dobrej zabawy. Piszę muzykę w nieznośnej koncepcji amerykańskiego popu. Szczerze nienawidzę bluesowych melizmatów, które panoszą się w amerykańskiej i polskiej muzyce popularnej, więc zamierzam wręcz nadmiernie nasycić nimi partyturę.

Postanowiłeś więc powalczyć na swój sposób z gombrowiczowską "Gębą".

Tak. Niemal wszystkie tematy przebojów, które słyszę w radiu, oparte są na bluesowej skali, a charakterystyczne popowe obiegniki to już obowiązkowo obracanie w kółko jednej bluesowej melodyjki. W akcie zemsty zamierzam całą muzykę do "Operetki" oprzeć na tychże właśnie bluesowych melizmatach. Polskie artystki śpiewają amerykańską muzykę z polskim tekstem, wtrącając co chwila "yeah, yeah". Idealne postacie do Gombrowiczowskiej "Operetki".

Zdarzało ci się jednak występować w projektach popowych.

Tak i tym bardziej mnie irytuje ten nieustający strumień muzyki identycznej i powstającej na zasadzie nierozumnej fascynacji czymś, co tak naprawdę jest polskiej kulturze obce. Jako Słowianie nie jesteśmy spadkobiercami estetyki bluesa, więc bezmyślne wtrącanie amerykańskich knyfów do polskiej muzyki jest w moim przekonaniu grzechem przeciw pierwszemu przykazaniu. Słuchając radia w samochodzie, mam czasem wrażenie, że nie mam dokąd uciec. Powiem szczerze, czuję się dyskryminowany jako odbiorca. Mam dwie, może trzy rozgłośnie, w których mogę usłyszeć coś świeżego. Radio Jazz można złapać tylko w Krakowie i Warszawie. Poza Programem II Polskiego Radia i Jazz Radio praktycznie na każdej częstotliwości jest wszędobylski pop, który podobno się dobrze sprzedaje, co też zresztą nie jest prawdą. Radia lokalne trochę ratują sytuację, bo istnieje tam jeszcze wymierająca formuła programów autorskich. W "Trójce" Marek Niedźwiecki też podnosi poziom. Mam jednak wrażenie, że klienci, którzy chcieliby uważnie posłuchać muzyki, nie są należycie obsłużeni w naszym kraju. Podpisałem ostatnio kontrakt, będę miał własny kanał muzyczny, zamierzam coś robić w tym kierunku.

Jazz też można potraktować jak element obcy w kulturze polskiej czy europejskiej.

No ale poza kopistami mamy wielkie indywidualności jazzowe, które mówią własnym głosem. Chodzi mi o to, żeby świadomie używać idiomów, bawić się nimi, a nie bezmyślnie ulegać konwenansom.

Chcesz powiedzieć, że polski pop to tylko wielki nadmuchany balon?

Narodowość twórców nie ma znaczenia. Mówiąc "pop", mam na myśli muzykę pisaną z niskich pobudek, tylko dla pieniędzy. Wyczuwam coś takiego na kilometr.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj