KRZYSZTOF GRABOWSKI: Po wydaniu albumu pod znaczącym tytułem "Hip Hop Is Dead" spodziewałeś się z pewnością reakcji w postaci sporej dyskusji na temat aktualnego
stanu tego gatunku muzyki. Co najbardziej zapadło ci w pamięć?
NAS: Tak, na pewno się spodziewałem i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony z jej efektów. Podobało mi się, kiedy w odpowiedzi na mój album Lil’ Wayne
nosił koszulkę z napisem "To ja jestem hip-hopem".
W numerze "Where Are They Now" wymieniasz wielu raperów znanych w przeszłości. Wśród nich jest duet Group Home, którego członek Lil' Dap spędził sporo czasu w
Polsce i miał tu nawet wydać album. Wiedziałeś o tym?
Nie, nie miałem pojęcia.
Może jest to jednym ze znaków tego, że hip-hop przeniósł się za ocean. W USA - jak sam mówisz - umarł, a tu zdaje się w dobrej formie.
Owszem, hip-hop przeniósł się częściowo poza Stany Zjednoczone, bo przecież młodzi ludzie związani z tą kulturą są wszędzie tacy sami. Tymczasem cała amerykańska kultura jest zastała
już od dawna, nie inaczej jest z hip-hopem. Nie zmienia to jednak faktu, że to Ameryka pozostaje domem hip-hopu i wciąż góruje we wszystkich jego aspektach, z czego jestem dumny. Europa to
miejsce, gdzie udajemy się, by zwiększać zasięg naszej popularności, by zawierać nowe kontakty i kontrakty. Lil' Dap jest tego przykładem i tak powinno być.
Twój konflikt z Jayem-Z przeszedł do historii jako jeden z najgłośniejszych w historii rapu. Jak układają się teraz wasze stosunki?
Wszystko jest w porządku.
A jak oceniłbyś jego działania jako szefa wytwórni Def Jam, w której wydałeś swój ostatni krążek?
Cóż, Jay-Z wykonuje swoją robotę, jak najlepiej potrafi. W końcu jest to wielki biznes, a on daje sobie w nim radę.
Czy wobec tego twoja następna płyta również ukaże się nakładem Def Jamu?
Następne moje wydawnictwo wyjdzie w Sony, mam dwa kontrakty. Najbliższy album ujrzy światło dzienne jeszcze w tym roku. Będzie to nietypowy materiał, ale nie mogę w tej chwili o nim więcej
powiedzieć.
Zawsze uważano cię za poetę ulicy. Tymczasem teraz ty i wielu czołowych raperów staliście się gwiazdami, można powiedzieć, że jesteście celebrities. Powiedz, w jaki sposób
wobec tego podtrzymujesz swoją uliczną wiarygodność - tak w twojej twórczości ważną?
Wiesz, Bill Gates i Tom Cruise nie zostali nagle moimi nowymi przyjaciółmi. Nie jest tak, że teraz spędzam czas z absolwentami Yale i Princeton, bo odniosłem sukces, rapując. Zawsze będę tym
samym czarnuchem. Nie jem pieprzonego kawioru i nie trzymam pod pachą pudelka - no, chyba że mojej żony (śmiech). Jeśli nie widzę swoich przyjaciół przez dłuższy czas, bo na przykład
jestem w trasie, nic się między nami nie zmienia. Nigdy nie zapomnę, skąd pochodzę.
Jeśli już jesteśmy w temacie celebrities - ty z Kelis jesteście obok Beyonce Knowles i Jaya-Z oraz Janet Jackson i Jermaine’a Dupri najbardziej znaną hiphopową parą.
Jednak w przeciwieństwie do nich nie macie na koncie zbyt wiele wspólnego materiału muzycznego. Czy to się zmieni?
Trudno nas porównywać z tymi dwiema parami pod względem muzycznym, jesteśmy od nich inni. Nie wejdziemy sobie do studia, by w godzinę później mieć gotowy utwór. To musi zająć wiele czasu,
ale mam nadzieję, że kiedyś nasz wspólny album ujrzy światło dzienne. Na pewno dużo o tym między sobą rozmawiamy.