Jakie jest pana pierwsze filmowe wspomnienie?

Seweryn Krajewski: Filmem, który sprawił, że poczułem iż muszę coś takiego robić, był "Posłaniec" z muzyką Michela Legranda, z tym motywem, dwa dźwięki po sobie: Pabam, pabam… To było jak piorun! Że on na to wpadł, takie to było proste! Poczułem, że nie mam wyjścia, ja też muszę.

Jaki jeszcze kompozytor robił na panu równie duże wrażenie?

Ennio Morricone. W tym, co sam robiłem można było wyczuć, że jestem pod jego wpływem. Zawsze powinno się mieć jakiegoś mistrza i dla mnie on właśnie był takim wzorem. Tak fantastycznie potrafił kantylenę poprowadzić! Morricone to jeden z tych wielkich, ale jest ich jeszcze paru, na przykład Francis Lai… Długo marzyłem o pracy przy filmie, bo wydawało mi się, że mogę to robić. Kiedyś bardzo ważny był nośny temat filmowy, który da się podłożyć zarówno pod scenę dramatyczną, jak i romantyczną, po małej tylko przeróbce. Na tym polega cała sztuka. Oczywiście, jako widzowie rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, jak to funkcjonuje… Tak czy owak, wydawało mi się, że wiem, jak to zrobić, ale nie wiedziałem jak się skomunikować z filmowcem, będąc reprezentantem tak zwanej muzyki bigbeatowej. Rock and rolla, którego uważano za przejściową modę. 

Bo jazzmani mieli już wtedy do filmy wydeptaną ścieżkę, prawda?

Jazzmani tak. Mówiło się, że jazz jest dla wyrobionej publiczności, a więc podobnie, jak film… Ale nie muzyka rockowa, oczywiście. Mowy o tym nie było! Dlatego nawet nie miałem zamiaru elementów rockowych proponować. No i jak tu ich przekonać, że – choć napisałem taką piosenkę, jak "Takie ładne oczy" – mogę również zrobić jakiś podkład filmowy? Wierciłem Agnieszce Osieckiej dziurę w brzuchu, aż zaprowadziła mnie na Chełmską, do Wytwórni Filmów Fabularnych i Dokumentalnych. Zaproponowali mi pracę przy dokumencie, takich pięciominutowych filmach sportowych. Nurmi biegł, zdobywał medal, potem jakiś jego dramat.

Coś jak kroniki filmowe?

Coś takiego. To były agencyjne rejestracje wielkich wydarzeń sportowych, słynne zwycięstwa, ale i klęski. Dostałem kilka takich filmów do opracowania i tam mi pokazali co trzeba, a czego nie trzeba robić. 

I czego pan się tam na Chełmskiej dowiedział?

Żeby za dużo nie grać, nie odwracać uwagi od obrazu. Muzyka ma tylko pomóc, ma być w tle i ma być niesłyszalna – w cudzysłowie, oczywiście. Kiedy sportowiec biegnie, to nie znaczy, że muzyka musi być "patataj", ale wciąż musi być komentarzem do obrazu, ma wzmocnić to, co widać. To się albo czuje, albo nie. Ja zdałem ten egzamin. 


Przejście od dokumentu do fabuły było łatwiejsze?

Któregoś dnia znalazł mnie Radosław Piwowarski, chyba też przez kontakty na Chełmskiej. Mówił, że długo mnie szukał… Młody reżyser, mówi, że kręci film "Córka albo syn" – no to zrobiliśmy. Pamiętam, jak jechaliśmy do wytwórni filmowej w Łodzi z Jankiem Pospieszalskim, bo on wtedy grał w Czerwonych Gitarach na basie, a ja basu potrzebowałem. Film był ponurawy, chociaż poruszał bardzo ważny problem. Kolejny również zrobiłem z Piwowarskim. Miał ten luksus, że mógł wybierać, bo napisałem przecież tych melodii dużo. Prezentowałem mu swoje tematy, a on w pewnym momencie mówił: "O, ten!"

Ale wiedział pan, o czym będzie film?

Oczywiście. Piwowarski dawał mi najpierw do czytania nowelę, a te jego nowele były fantastyczne! Przeczytałem i wiedziałem wszystko – czego on ode mnie chce, jaki to ma być film, jaki nastrój. Tak piękne to było, że ciągle jestem przekonany, że Piwowarski powinien pisać. Potem z filmami już różnie bywało, zdarzało się, że moja wyobraźnia mijała się z tym, co zobaczyłem. (śmiech) Tu aktor nie taki, albo zagrał inaczej, tu zabrakło budżetu, tam czasu… Potem zacząłem pracować z innymi, bo rozeszło się w środowisku, że jest taki nowy, a reżyserzy zawsze szukają nowych twarzy, również do pisania muzyki. Bardzo fajna propozycja przyszła od Barbary Sass, w związku z filmem "Bez miłości". Tu dodatkowo musiałem napisać piosenkę i zaśpiewać ją… po włosku. Budżet nie pozwalał na kupienie prawdziwej włoskiej piosenki, więc dostałem zlecenie: "Napisać tak, żeby była jak włoska" - i tak zrobiłem. Konsultant stwierdził, że nie mam akcentu rzymskiego, tylko jakiś inny, ale jakiś tam mam. (śmiech) Trochę ludzi się nabrało. 

Dla telewizji pisze się inaczej niż dla kina?

Dawniej było mniej formatów, więcej seriali oryginalnych. Dziś temat ciągle jest potrzebny, czasem jakaś piosenka, ale robi się z tego hurtem ileś motywów pod wszystko, od porodu po śmierć, nagrywa się to raz, a potem reżyser już tylko wybiera podkład pod konkretne sceny. Kiedyś było inaczej: dostawałem odcinek, patrzyłem co się dzieje i musiałem dopisać do tego muzykę. Jest główny bohater, on ma swój temat, inny z kolei facet ma swój, do tego jakieś nowe wydarzenia…  W 2006 roku pracowałem przy serialu "Kopciuszek" i postanowiłem go robić po staremu. W wytwórni zaczęli się tym męczyć i rzeczywiście, to było męczące, bo każdy odcinek musieli dla mnie montować, dogrywać podsynchrony, bo bez tego nie wiedziałbym dokładnie jakie jest tempo danej sceny… To byłoby zbyt piękne, teraz są inne czasy. Nagrywa się na pół roku z góry i potem ewentualnie można coś odświeżyć.

Który z filmów lub seriali najlepiej pan wspomina?

"Bez miłości". Ze względu na osobę pani reżyser, ale i samo muzyczne zadanie. To nie była komedia, to było inne i trudniejsze. Chociaż coś najbardziej świeżego zdarzyło mi się całkiem niedawno, bo w 2004 roku, przy serialu dokumentalnym "To nie jest koniec świata", o kobietach chorych na raka piersi. Po tych wszystkich komediach chciałem napisać coś dramatycznego, brakowało mi tego i przy tym serialu nastąpiło nowe otwarcie.


Jak pan do niego trafił?

Propozycja przyszła z Wrocławia, od pani Grażyny Pieczuro, która kiedyś robiła filmy o Agnieszce Osieckiej i o mnie. W każdym odcinku bohaterką była inna kobieta, inne były problemy czy przeżycia ich rodzin, więc robiliśmy to starą metodą: dostawałem odcinek, komponowałem, nagrywałem i wysyłałem do Wrocławia.

Z kim współpracował pan najdłużej?

Chyba z Romanem Załuskim. Nie wiem dlaczego, ale przypięli mnie do tak zwanych komedii. 

Jak to dlaczego? Ze względu na talent do pisania lekkich, ładnych melodii. 

Tak, to prawda. Myślę, że Roman angażował mnie właśnie z tego powodu. W komediach nie chciał mieć smutnej muzyki, ale lekką i przyjemną, więc musiałem iść tym tropem.

Ale ci, którzy pamiętają pana muzykę filmową głównie za sprawą komedii właśnie, będą zawartością płyty " Filmowo... by Krzysztof Herdzin" zaskoczeni. Położyliście tu bowiem nacisk na melancholijną stronę pana przygody z dużym i małym ekranem.

Tak. Zaproponowałem Krzysztofowi Herdzinowi zestaw tematów i zaproponowałem mu, żeby wskazał te, które interesują go najbardziej. Można więc powiedzieć, że to był nasz wspólny wybór.

Dlaczego zdecydował się pan na współpracę właśnie z Herdzinem?

Zwróciłem się do niego, bo spełniał podstawowe warunki – jest zdolny, sprawny, potrafi ładnie zaaranżować i nie zaczyna rozmowy od pieniędzy. Jest artystą, bo moim zdaniem tym między innymi różni się artysta od rzemieślnika… Poza tym, Herdzin świetnie czuje to, co ja robię. Sprawdziłem to już przy nagrywaniu płyty "Jestem", gdzie miał jedno wejście – akompaniował mi przy "Co to jest czułość" do tekstu Magdy Czapińskiej. Krzysztof posłuchał piosenki, spotkaliśmy się w studiu i zrobiliśmy próbę – on przy fortepianie, ja w oddzielnym pomieszczeniu z wokalem. Ktoś dał znak i… okazało się, że nic więcej nie trzeba robić, tak to zagrał!

Który z panów dał nowe życie tym tematom? Tak mogłyby brzmieć, gdyby trafiły na soundtracki filmów z Hollywoodu.

Prosiłem Krzysztofa: "Zaaranżuj i nagraj to tak, żebym mógł to wziąć pod pachę, pojechać do Ameryki i żeby oni myśleli, że to jest stamtąd". Oczywiście, żartowałem, ale on choć zaśmiał się pod nosem, naprawdę zrobił to na takim poziomie.

Nie obawiał się pan, że część fanów zacznie kręcić nosem? Powiedzą, że te oryginalne wersje może i były prostsze, może surowsze, ale lepsze, bo pierwsze właśnie.

W tym przypadku nie będę z fanami dyskutował, w ogóle nie będę takich argumentów przyjmował, bo słuchając oryginalnych wersji tych nagrań, ja po prostu nie wytrzymuję! Ten sound jest tak jednostajny… Zawierzyłem wtedy tym instrumentom, bo myślałem, że będą jednak miałby bardziej ludzkie, bardziej naturalne brzmienie, ale pomyliłem się.


Chodzi o elektronikę z lat 80.?
Tak jest. Chciałem ominąć studia nagraniowe, ze względu na oszczędność czasu oraz dlatego, że nie musiałem angażować muzyków, mogłem samodzielnie więcej zrobić. Gdybym szukał nowych brzmień, miałoby to sens, ale ja się uparłem, żeby na tych instrumentach osiągać tradycyjne brzmienia. Zresztą, gdybym się zaczął bawić w poszukiwania nowego soundu, może udałoby mi się przekonać jakiegoś młodego reżysera, ale takiego doświadczonego tylko bym przestraszył… Szukałem więc elektronicznych odpowiedników naturalnych brzmień, a to było oszukaństwo. Takie to sztuczne i plastikowe, że kiedy teraz tego słucham, jest to dla mnie nie do zniesienia. Jazgot. Nie mogę nawet pokazać nikomu, że pisałem muzykę filmową, bo nikt by tego nie wytrzymał.
No i pomyślałem sobie kiedyś, że tam jest zbyt wiele fajnych tematów, które już nigdy nie ujrzą światła dziennego… Stąd pomysł na tę płytę. Chciałem zrobić teraz to, czego wtedy nie mogłem – żeby zagrała to orkiestra, żywi muzycy. Nie ma porównania, teraz jest lepiej. Teraz mogę się pochwalić tym, że napisałem parę fajnych, przebojowych tematów. (śmiech)

Chciałby się pan poświęcić głównie muzyce filmowej?

Nie, to nie tak. Nie liczę na to, że nagle przyjdą do mnie z propozycjami…

Ale gdyby przyszli, rozważyłby je pan?

Oczywiście. Jeśli jest jeszcze ktoś, kto uważa, że ładny temat w filmie jest ważny, to podjąłbym się tego. 

Sporo ostatnio otrzymał pan wyróżnień. Oprócz tego najważniejszego, czyli platyny za "Jak tam jest" od fanów, między innymi Fryderyka dla najlepszego kompozytora czy złoty medal Gloria Artis. Cieszy to pana?

Oczywiście, każde wyróżnienie cieszy, chociaż nie wiem, dla kogo to było ważniejsze, dla mnie czy dla tych, co wręczali. (śmiech)