Złośliwi twierdzą, że Geldof jako gwiazda popu, uratował więcej żyć, niż sprzedał płyt. Jego wkład do historii muzyki to raptem jeden przebój "I Don’t Like Mondays" zespołu Boomtown Rats oraz cztery przeciętne albumy solowe nagrane w przeciągu 20 lat. Choć w jego muzyce pobrzmiewają echa folku Dylana, mrocznego klimatu Cohena czy pop rocka Bowie’ego, brak mu charyzmy oraz oryginalności. Nawet jego ostatni, najlepszy album "Sex, Age & Death" (2001) zadowoli tylko najwierniejszych fanów. Geldof od lat ogrzewa się w blasku innych gwiazd, takich jak Pink Floyd (zagrał główną rolę w filmie "The Wall" oraz zorganizował ich wielki powrót podczas Live 8 w 1985 roku) czy Bono, z którym rywalizuje o miano najświętszego rockmana świata.

Reklama

56-letni Irlandczyk przyjedzie do Polski na dwa koncerty. Pierwszy odbędzie się w Warszawie pod hasłem "Music For Peace", a drugi w Lubinie w ramach obchodów 25-lecia zbrodni lubińskiej, upamiętniających śmierć trzech manifestantów podczas solidarnościowej demonstracji w 1982 roku. To świetne posunięcie artysty, bo na regularne koncerty Geldofa przychodzi coraz mniej fanów. W zeszłym roku w Mediolanie na solowy występ sprzedano zaledwie 45 biletów! Najwyraźniej zaskoczeni organizatorzy zapomnieli, że Geldof jest bardziej działaczem społecznym i biznesmenem niż muzykiem.

Trudno krytykować kogoś, kto głosi zacne hasła pomocy słabszym, ale działalność charytatywna byłego członka Boomtown Rats od lat wywołuje sporo kontrowersji. Kiedyś ich przyczyną był porywczy charakter muzyka. W jednym z programów telewizyjnych grzmiał do polityków: "Dajcie mi ku*** te pieniądze!". Potem niesmak wywoływały spotkania z Tonym Blairem czy George’em Bushem, podczas których panowie poklepywali się głównie po plecach, zapominając o umorzeniu długów państw Trzeciego Świata. Choć to on wymyślił format wielkich imprez charytatywnych, trudno oprzeć się wrażeniu, że mają one również podreperować karierę pomysłodawcy. Dziwnym zbiegiem okoliczności, tuż po festiwalu Live Aid w sklepach pojawiła się jego autobiografia "Is That It?", a po Live 8 w 2005 roku na rynek trafiła antologia piosenek "Great Songs Of Indifference – The Anthology 1986 – 2001".

Wielokrotnie zwracano też uwagę na niejasne kryteria rozdzielania środków wśród potrzebujących i brak kontroli nad finansowanymi organizacjami. Na przykład część pieniędzy po Live Aid trafiła do etiopskich fundacji, które były zarządzane przez wojskową dyktaturę. Za szczodre dary nie kupiono pożywienia, ale broń i luksusowe samochody.

Jednak krytyka nie zraża Irlandczyka. W swojej działalności filantropijnej muzyk poczuł się tak zasłużony, że w tym roku wyśmiał serię międzynarodowych koncertów Live Earth, organizowaną przez Ala Gore’a. To prawda, że cel tego przedsięwzięcia był nie do końca jasny, ale problem tkwił chyba gdzie indziej – w programie zabrakło samego Geldofa, który ciągle uważa się za świetnego muzyka.

Czy warto wybrać się na koncert Irlandczyka? Tak, choćby dlatego, że jest za darmo, możemy więc stracić jedynie czas, a świat ratować zawsze trzeba, choćby przy okazji pomagając samemu Geldofowi.


Bob Geldof
2 września, Lubin, Lotnisko AZM