"Nawet jeśli widzę, że wokół dzieje się wiele niedobrych rzeczy i trzeba o nich śpiewać, to najlepszym sposobem przekazania ludziom prawdy jest zorganizowanie dużej kolorowej imprezy" - tłumaczył w niedawnym wywiadzie dla portalu Pitchforkmedia Manu Chao.
Jak powiedział, tak zrobił. "La Radiolina" brzmi jak podkład do międzynarodowej fiesty i nie różni się zbytnio od hitowej "Proxima Estacion: Esperanza" z 2001 roku, która sprzedała się w ponad trzech milionach egzemplarzy. Nowa płyta ma szansę powtórzyć sukces poprzedniczki, bo urodzony w Hiszpanii Francuz postawił na tę samą niezawodną receptę. Proste hasła wyliczanki, które będą gwałcić uszy połowy globu przez kolejny rok (tym bardziej że śpiewane są w co najmniej pięciu językach), szczypta punkowej anarchii i motoryki, gitary przywodzące na myśl The Clash i pozytywna energia opromieniona sekcją dętą.
To wielobarwny, globalny pop niestroniący od polityki. W "Infinita tristesa" Manu oskarża "Senor Presidente George Bush" o sianie smutku na świecie. W
"Raining In Paradize" śpiewa: "W Bagdadzie nie ma demokracji, bo to amerykański kraj", a tytułu kolejnej piosenki "Politik Kills" nikomu chyba
nie trzeba tłumaczyć.
Malkontenci pewnie zauważą, że Chao krytykuje USA, ale z premedytacją wykorzystuje aktualną sytuację polityczną tego kraju. Przecież to nie przypadek, że zakończył niedawno długą trasę
po Stanach Zjednoczonych, gdzie antybushowskie nastroje sięgają zenitu. W takiej atmosferze artysta nazywający obecnego prezydenta wyjątkowym głupkiem zagrażającym przyszłości całej
ludzkości łatwo znajdzie zza Oceanem nową publikę zwabioną dodatkowo posmakiem kolejnej egzotycznej mody. Tym bardziej że Ameryka Północna to jedyny kontynent, na którym globalny bard nie
jest popularny.
Tyle że Manu Chao nigdy do nikogo się nie łasił, stając się przykładem twórcy prawdziwie niezależnego. Mimo oszałamiającej liczby sprzedanych płyt i nieuchronnie zbliżającego się
piątego krzyżyka, ciągle wygląda jak student, który ruszył na stopa w podróż po Ameryce Południowej, mając w kieszeni 20 dolarów. I właśnie ta artystyczna wierność sobie i brak
komercyjnego wyrachowania sprawiają, że nawet przeciętnego albumu, jakim niewątpliwie jest "La Radiolina", słucha się gładko. Mimo dyskusyjnej jakości paru nagrań i
powtarzanych pomysłów, warto sięgnąć po tę płytę. Rzadko można spotkać tak wiele słońca skondensowanego na jednym plastikowym krążku.
Manu Chao
"La Radiolina"
Because Music