Brytyjczykom nie pomogła współpraca z najgorętszymi nazwiskami branży muzycznej: Timbalandem i Justinem Timberlakiem. Nowy krążek Duran Duran to bowiem produkt bezbarwny i drętwy.

Reklama

W teledysku do promującego płytę singla "Falling down" podstarzali playboye z Duran Duran w eleganckich czarnych marynarkach występują w klinice odwykowej dla zmarnowanych młodych gwiazdek muzyki pop. Lider zespołu Simon Le Bon wciela się również w rolę doświadczonego lekarza, który opiekuje się najcięższymi przypadkami uzależnień. To oczywiście jawna satyra na upadłe gwiazdki show-biznesu, jak Britney Spears czy Amy Winehouse. Ale to jednocześnie trafny komentarz do obecnej roli Duran Duran - emerytowanych gwiazdorów "po przejściach", którzy dali przykład obecnym ulubieńcom tabloidów i telewizji muzycznych.

To właśnie oni u progu epoki MTV w swoich teledyskach dali masowej publiczności posmak luksusu egzotycznych scenerii, pokazali elegancki szyk w modnych ubraniach oraz nie kryli swoich hedonistycznych postaw i otaczali się pięknymi, roznegliżowanymi kobietami. Dzięki pomocy profesjonalnych stylistów oraz kreatorów mody stworzyli dla siebie idealny w latach 80. wizerunek bandy bezpruderyjnych przystojniaków, który masowo kupowały kolorowe magazyny, tytułując ich "najprzystojniejszymi chłopakami w show-biznesie".

Z perspektywy czasu można podobne ambicje przypisać kreowaniu boysbandów pod koniec lat 90., gdy triumfy święciły grupy Backstreet Boys, Take That i N’Sync. W przeciwieństwie do nich jednak, Duran Duran w młodości mogli sobie pozwolić na dużo więcej. O używkach opowiadają, że brali wszystko, choć w mniejszych ilościach niż inni. Nie kryją też, że dziewczyny z teledysków po zakończeniu zdjęć zostawały z nimi sam na sam. U szczytu popularności muzycy budowali popularność w otoczce skandalu. Jednak w przeciwieństwie do obecnych gwiazdek, udało im się to wszystko przetrwać. Nic dziwnego, że teraz ustawiają się w pozycji mentorskiej i przy wyborze producenta "Red Carpet Massacre" postawili na Timbalanda. Chcieli udowodnić wszystkim, że także oni z jego pomocą mogą wspiąć się na szczyty list przebojów w Stanach. W studiu grupę wspomógł również Justin Timberlake, który jest wielkim fanem zespołu i chyba marzy mu się, by zostać następcą Simona Le Bon.

Niestety, seniorom z Duran Duran ten lifting muzyczny nie pomógł. Timbaland strzelił gola do własnej bramki, bo zapomniał, że zespoły z lat 80. powracają na fali nostalgii. Nowa oprawa muzyczna dla starej nazwy jest niestrawna dla młodych fanów, bo wybiorą bardziej aktualnych i bliższych im wiekowo artystów. Natomiast starzy fani kochają grupę za subtelne melodie i lukier "new romantic". Jedynym wspomnieniem będzie popis Timberlake’a, który wyprodukował "She’s Too Much", melancholijny utwór skąpany w sosie disco. Warto przypomnieć, że poprzedni album Duran Duran "Reportage" ostatecznie nie ujrzał światła dziennego, gdyż wytwórnia go nie zaakceptowała. Ale widać kolejne wydawnictwa typu "the best of" sprzedają się coraz gorzej, więc choć na chwilę trzeba było przywrócić podstarzałe gwiazdy popu do łask.