Dee Dee mogłaby znacznie szybciej trafić na jazzowe szczyty, gdyby nie jej... uroda. Gdy w początkach lat 70. zaczynała karierę wokalistki jazzowej u boku męża, znanego trębacza Cecila Bridgewatera, wielu nie traktowało jej poważnie. Mówiono, że jest zbyt młoda, ładna i seksowna, by śpiewać tego typu muzykę. "Długo trwało, zanim pozbyłam się przydomka <Tina Turner jazzu>" - przyznaje wokalistka. - "Dużo dłużej musiałam pracować na swą wiarygodność niż większość mych koleżanek po fachu".

Reklama

Tę wiarygodność nie tylko zdobyła, ale najnowszą płytą "Red Earth" wybiła się na czoło światowej wokalistyki. W trakcie globalnych wojaży nie tylko jako artystka, ale i jako ambasador dobrej woli ONZ trafiła do Mali i dosłownie zakochała się w tym kraju, jego muzyce i jego ludziach.

"Gdy znalazłam się tam po raz pierwszy w 2004 roku" - wspomina - "zorganizowałam koncert, w którym towarzyszyli mi tamtejsi muzycy. Mimo że śpiewałam jazz improwizowany zarówno z tekstem, jak i scatem, nie miałam najmniejszych problemów z dopasowaniem tego do afrykańskich rytmów. Uznałam wtedy, że musi istnieć jakaś głębsza więź pomiędzy mną a muzyką malijską".

Więź tę eksponuje płyta "Red Earth" zawierająca mieszankę kompozycji jazzowych granych na tradycyjnych afrykańskich instrumentach z towarzyszeniem muzyków malijskich oraz miejscowych, afrykańskich utworów w wersji jazzowej, granych przez muzyków amerykańskich. Powstał z tego upajający koktajl egzotycznych rytmów i brzmień, znakomicie przyjęty zarówno przez krytyków, jak i zwykłych słuchaczy.

W towarzyszącym obecnie Dee Dee na koncertach zespole obok jazzmanów znajdują się też słynni muzycy malijscy grający na tradycyjnych instrumentach jak kora, balafon i "mówiący bęben". W takim właśnie składzie pojawi się ona dziś w warszawskiej Sali Kongresowej.

Sala Kongresowa, PKiN, godz. 20.00, bilety 100, 140 i 180 zł