Chyba mało kto spodziewał się, że brytyjska publiczność sprawi aż tak gorące przyjęcie Cohenowi podczas czerwcowego występu na festiwalu Glastonbury. Blisko 50 tysięcy młodych fanów rocka zgromadzonych pod Pyramid Stage odśpiewało razem z nim „Hallelujah” oraz wysłuchało nieśmiertelnych „Dance Me To The End Of Love”, „Suzanne”, „Everybody Knows” i „First We Take Manhattan”. 73-letni kanadyjski artysta ubrany klasycznie w elegnacki garnitur i kapelusz, który przykrywał jego siwiznę, był w świetnej formie. Przez dwa miesiące zagrał blisko 50 koncertów i na jesieni znów wraca na Stary Kontynent, by wystąpić również na dwóch koncertach w Polsce – 29 września we Wrocławiu i 1 października w Warszawie. W ten sposób nadrabia straty w swoim budżecie po tym, jak trzy lata temu menedżerka wyprowadziła z jego konta 5 milionów dolarów.

Reklama

Zamiast ukrywać się za plecami swojej miłości Anjani Thomas, której skomponował przeciętny album w zeszłym roku i współpracować ze swoim przyjacielem Philipem Glassem przy wydawaniu nowych wierszy, Cohen przyjeżdża po prostu zagrać stare przeboje. Czysto komercyjny charakter tego wydarzenia nie powinien jednak nikogo zniechęcać. Starsi fani z pewnością chętnie powspominają najlepsze czasy przełomu lat 60 . i 70., kiedy Kanadyjczyk z nadziei sceny folkowej wyrósł na kultową postać muzyki rockowej. Natomiast młodsi będą mieli okazję na nowo docenić jego dorobek w epoce wzmożonego zainteresowania bardziej kameralnym, akustycznym graniem. Jego wpływ na takie osobowości jak Nick Cave, Antony Hagerty czy Rufus Wainwright pokazał przecież dokument „Leonard Cohen: I’m Your Man”. To właśnie jego poetyckie, osobiste teksty, w których miłość spotyka się ze śmiercią, a seks z religią, ukształtowały ich wrażliwość. Dziś wielu z nich wykonuje jego covery oraz naśladuje charakterystyczną manierę wokalną i brzmienie zespołu.

W tym triumfie Cohena po latach istnieje jednak pewien paradoks. Wbrew obietnicom menedżera Johna H. Hammonda, który odkrył jego oraz Boba Dylana, nigdy nie stał się on bardem Ameryki, a nawet nigdy nie odniósł tam znaczącego sukcesu. Chociaż obydwaj muzycy wywodzili się z tej samej sceny folkowej, opisywali nastroje młodzieży w tamtych czasach i brali udział w festiwalu w Newport – dali początek dwóm różnym nurtom w muzyce. Dylan dzięki prostszej, bezpośredniej formule swoich piosenek i aktualnym tekstom stał się artystą masowym. Tymczasem Cohen postawił na bardziej introwertyzm, oryginalny styl śpiewania i komponowania. Po latach jego pozycję outsidera wobec głównego nurtu muzycznego potwierdziły dwie tragiczne postaci amerykańskiego rocka lat 90. – Jeff Buckley wypromował nową wersję „Hallelujah”, a Kurt Cobain wspominał nazwisko Cohena w „Pennyroyal Tee”. Tymczasem sam artysta zamiast angażować się w życie Amerykanów i korzystać z dobrej passy, zwyczajnie oderwał się od doczesnych problemów i wstąpił do buddyjskiej wspólnoty na górze Baldy pod Los Angeles i przyjął imię Cisza.

Ćwiczenie cnoty cierpliwości z pewnością pomogło mu potem przyjąć godnie informację o tym, że jego konto jest czyste i znów musi od nowa budować swoją pozycję na rynku. Na szczęście teraz może skorzystać z dorobku swoich „muzycznych dzieci” i liczyć na uznanie młodszej publiczności. Ona w końcu też chętnie dorzuci się do jego emerytury.

Leonard Cohen

Reklama

29 września Wrocław, Hala Ludowa

1 października Warszawa, Torwar