Dziennik Gazeta Prawana logo

Tom Jones: Ja ciągle żyję!

13 stycznia 2009, 08:00
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
"Dostałem drugą szansę - znowu czuję się trochę jak na początku kariery - jest świeża publika i tylko ode mnie zależy, czy uda mi się ją podbić" - przed premierą swojej nowej płyty "24 Hours" Tom Jones zdradza w dodatku kulturalnym DZIENNIKA, czym dziś rzucają w niego fani na koncertach, i opowiada o tym, jakie to uczucie czytać własną klepsydrę.


Tak - nie zamierzam zwalniać, bo uwielbiam grać na żywo, choć oczywiście nie imprezuję jak kiedyś. "24 Hours" odnoszą się bardziej do pewnej ciągłości, powtarzalności. Chciałem zaakcentować fakt, że mimo tylu lat na scenie ciągle robię swoje i moje kolejne płyty są nieuniknione jak poranek, który nastaje po nocy (śmiech).


Staro? W żadnym wypadku. Ta piosenka opowiada o bardzo zabawnej i jednocześnie makabrycznej pomyłce. Otóż, wyobraź sobie, że pewnego razu w jednej z codziennych gazet wydawanych w Los Angeles pojawiła się moja klepsydra. Ktoś w redakcji znalazł w sieci informację o mojej śmierci i bez potwierdzenia powielił ją. To było dość dziwne uczucie. Mnie rozbawiło do łez, ale moi bliscy przeżyli chwile grozy. Syn zawdzonił o poranku do mnie do domu i spytał, co się stało, a gosposia na to: "Nic. Tom chrapie tak, że dom drży w posadach, więc się nie przejmuj - umarli nie chrapią".


Podejrzewam, że ten album rzeczywiście może się spodobać w USA. W końcu śpiewam tam cover Bruce’a Springsteena "The Hitter". Natomiast w powrocie do soulu i bluesa nie ma żadnej szczególnej kalkulacji. Po prostu sądzę, że mój głos dopiero teraz dojrzał do śpiewania tego typu muzyki. Od zawsze uwielbiałem tworczość Ottisa Reddinga i Arethy Franklin, ale dopiero dziś wiem, że w końcu brzmię jak prawdziwy soulman. Czuję się pewniej nie tylko psychicznie, ale również wokalnie. Głos obniżył mi się znacznie, a jednocześnie ciągle potrafię wyciągać wysokie dźwięki, choć z żalem muszę wyznać, że najwyższe C jest już poza moim zasięgiem.


Pewnie w jakimś stopniu na pewno myśleliśmy o losach tej płyty - ale to bardziej domena mojego syna - on jest moim menedżerem i to dzięki niemu moja kariera znowu nabrała blasku. Ale uwierz mi - nie można przewidzieć, czy płyta spodoba się danej publice, czy nie. I nie ważne, ile do tej pory sprzedałeś krążków. Wiem coś o tym, bo nie zawsze byłem tak popularny jak dziś. Przecież przez lata byłem zapomnianym artystą, z którego się podśmiewano.


Cóż, w latach 70. nie było w tym nic śmiesznego. Możesz mi wierzyć na słowo - kobiety rzucały na scenę biustonosze, majtki i kluczyki do swoich hotelowych pokoi i raczej nie chodziło im o kabaretowy występ po godzinach (śmiech). Ale to prawda, że po pewnym czasie na moich koncertach wielu ludzi robiło sobie żarty, a nawet utarł się taki stereotyp, że na koncercie Toma Jonesa, trzeba coś rzucić na scenę. Wtedy mnie to bardzo irytowało, dziś się z tego śmieję.


Najdziwniejsze były męskie stringi - chyba ich nie podniosłem (śmiech).


Myślę, że to kwestia tego, że nie próbuję nikogo udawać. Zawsze chciałem bawić ludzi, wprawiać ich w dobry nastrój. Nie bardzo obchodziły mnie panujące mody i to jak widać się opłaciło. Poza tym, jak wspominałem wcześniej, moim menedżerem od dobrych kilku lat jest mój syn i to on mi uświadomił kilka przykrych prawd. Powiedział bez ogródek: Daj sobie spokój z tymi śmiesznymi obcisłymi spodniami (śmiech). To był też jego pomysł, żeby zaprosić do współpracy młodych producentów, którzy czują puls współczesnej muzyki rozrywkowej.


O z pewnością! Popularność takich artystek jak Amy Winehouse czy Duffy spowodowała, że stacje radiowe otworzyły się na brzmienia sprzed lat, które są mi bliskie. W końcu znowu zaczęła liczyć się stara dobra melodia, a nie tylko dudniące basy. To jest dla mnie o tyle ciekawa sytuacja, że młodzi ludzie, nastolatki, słyszą tę muzykę po raz pierwszy. Niewielu z nich sięga po stare soulowe albumy. Dostałem więc drugą szansę - znowu czuję się trochę jak na początku kariery - jest świeża publika i tylko ode mnie zależy, czy uda mi się ją podbić. Nie wspominając o tym, że wytwórnie płytowe też przestały wybrzydzać. Gdybym pięć lat temu przyszedł do którejś z nich z płytą "24 Hours", myślę, że odprawiłyby mnie z kwitkiem, argumentując, że "takie stare aranże, to mogły się sprawdzać 40 lat temu".


Potrzebowałem zmiany. Poza tym chciałem zrobić trochę na przekór wytwórni S-Curve, z którą podpisałem kontrakt dwa lata temu. Początkowo zachęcano mnie, żeby na nową płytę składały się same covery. Pomyślałem wtedy: "jeśli mam wrócić w chwale, to nie mogę śpiewać czyichś piosenek. To musi być esencja mojego stylu. A nikt przecież nie wie o moim stylu, tyle co ja" (śmiech).


Nie widzę przeszkód. Powiem więcej - kilka lat temu, zanim jeszcze nagrał słynne płyty z Johnym Cashem, podszedł do mnie na jednym z koncertów Rick Rubin i zaproponował, żebyśmy spróbowali coś wspólnie nagrać. Zgodziłem się, ale długo nie mogliśmy zgrać terminów i w końcu daliśmy sobie spokój, ale niczego nie wykluczam i jeśli nadarzy się okazja zrobić coś zwariowanego, to możecie na mnie liczyć.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj