Black Eyed Peas "The E.N.D."

Reklama

Wyd. Universal 2009

Ocena 1/6

p

W kategorii tworzenia dzwonków do telefonów komórkowych za swoją nową płytę zespół dowodzony przez Will.I.Ama powinien dostać Grammy. Niestety akademia szczęśliwie nie stworzyła jeszcze takiej kategorii, więc trzeba na rzecz spojrzeć od strony muzycznej. I tu zaczynają się schody... Bo „The E.N.D” to kwintesencja wszystkiego, co odstrasza od współczesnego popu głównego nurtu każdego w miarę osłuchanego fana tej dziedziny sztuk pięknych.

Weźmy pierwsze z brzegu „Alive” – vocoderową balladę tak bezbarwną, że nie warto puszczać jej nawet w supermarketach, bo klienci, zamiast kupować, zasną (nie wspominając o tym, że robocie wokale są na czasie tak samo jak biało-czerwone krawaty samoobrony). Z kolei singlowy „Boom Boom Pow” to właśnie typowy dzwonek do komórki – refren jeszcze jakoś daje radę, bo jednak jest chwytliwy, lecz cała reszta to dramat. Nieskładne aranże sprawiają wrażenie zupełnie od siebie oderwanych, zaś obniżony komputerowo wokal w drugiej części przypomina zaśpiewy z potańcówek disco polo. A już wszelkie bariery żenady przełamuje kawałek „I Got A Feelin” w remiksie Davida Guetty. Będzie się chłopak smażył w piekle za tego dresiarskiego potworka. Słabego, nawet jak na standardy dance lat 90.

Dlatego raczej nie bierzcie sobie do serca kryjącego się w tytule płyty hasła: „Energy never dies” (energia nigdy nie umiera). Na „The E.N.D” nie ma energii – to naprawdę koniec.