Dziennik Gazeta Prawana logo

Calexico: W muzyce szukamy innych ludzi

28 czerwca 2009, 11:30
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Jedna z najsłynniejszych amerykańskich grup folkowych Calexico po raz pierwszy zawita do Polski. Przed występem kultowej formacji na Szczecin Music Fest 2009 z jej liderem Joeyem Burnsem DZIENNIK rozmawiał m.in. o tym, dlaczego ludzie nie przestaną nigdy chodzić na koncerty.
7.07,
Szczecin Music Fest,
Zamek Książąt Pomorskich

___________________________________________________________________________

Moi przyjaciele z zespołu Lambchop grali w Warszawie i byli zachwyceni żywiołową publicznością. Ja też byłem w waszej stolicy, ale prywatnie. W połowie lat 90. odwiedziłem mojego kuzyna, który uczył tu angielskiego. Zimą Warszawa nie wyglądała zbyt zachęcająco, choć wiem, że to miasto wiele przeszło podczas wojny i dlatego jest tak poranione.

Zawsze staramy się, żeby były to numery z różnych płyt. I to się sprawdza, bo wiem, że są ludzie, którzy przychodzą w niektórych miastach po raz czwarty na nasz show i ciągle doskonale się bawią. Uwielbiam koncertować w Europie, ponieważ spotykam tu bardzo różnych ludzi i staram się poznawać w ich kulturę. Nigdy nie jest tak, że robimy swoje i zwijamy się do hotelu. Cenię sobie rozmowy z fanami – poznawanie ich mentalności, przyzwyczajeń, kuchni, innego spojrzenia na naszą muzykę. Tego właśnie brakuje mi w Ameryce. Tam ludzie wydają się bardziej płytcy, choć to, co mówię, nie jest chyba zbyt patriotyczne.

Uwielbiam Zacha Condona z Beirut. Bardzo odpowiada mi jego filozofia – ta otwartość na wszelkie wpływy. Totalna wolność muzyczna. Dokładnie o to samo nam chodzi w Calexico. Zresztą za podobne podejście cenię również Manu Chao i Nicka Cave’a. Ale wracając do twojego pytania: Amerykanie, mimo kulturalnej różnorodności, są niezwykle zachowawczy. Z natury jesteśmy izolacjonistami. Poza tym, dla wielu ludzi może jesteśmy za mało ciekawi, nie dość egzotyczni. Wiesz jak to jest – amerykańska grupa grająca muzykę o tradycyjnym amerykańskim zabarwieniu – to samo w sobie nie brzmi zbyt seksownie.

Jestem wielkim fanem Vinicio Caposselego. To włoski artysta, praktycznie nieznany poza swoją ojczyzną. Natknąłem się na niego przypadkiem, bo kiedyś zadzwonił mój przyjaciel Marc Ribot i zaprosił mnie na nagrania do Włoch. Tam dał mi jakieś demo Vinicia i od razu się zakochałem w jego twórczości. Pojechałem do niego i z marszu nagraliśmy kilka numerów, zupełnie się nie znając, improwizując. To wspaniały człowiek z nieokiełznaną wyobraźnią. Na koncercie w Milanie śpiewał piosenkę o zakochanej ośmiornicy, ubrany tylko w slipki, płetwy i okulary do pływania. Takich ludzi właśnie szukam podczas trasy.

Dyskutujemy o tym, więc przy dobrych wiatrach nagramy płytę niebawem. Na razie wspólnie przygotowujemy soundtrack do filmu „Love Ranch” z udziałem Helen Mirren i dopinamy jakieś pomniejsze projekty. Tak właśnie pracujemy – nad wieloma rzeczami jednocześnie. Dzięki temu się nie nudzimy.

Meksyk był niesamowity – zarówno muzycznie, jak i kulturowo. Ludzie tam są tak niesamowicie oderwani od rzeczywistości. No i ekscytująca była wyprawa do Havany. Również dlatego, że była półlegalna. Jako Amerykanie mamy zakaz wjazdu na Kubę obwarowany wielotysięczną grzywną. Nasz rząd robi jednak wyjątki dla naukowców i ludzi kultury, którzy chcą zebrać materiały potrzebne do realizowania projektów edukacyjnych. Podczepiliśmy się więc pod grupę filmowców. Ta podróż i wizyta w Buenos wywarły na nas największy wpływ w sensie muzycznym. Co zresztą wyraźnie słychać w utworach takich jak „Victor Jara’s Hands” czy „House Of Valparaiso”.

To prawda, kiedyś grałem na sitarze. Używaliśmy też takich egzotycznych tworów jak chiński guzheng czy ciekawie brzmiąca gitara z Wysp Zielonego Przylądka. Ale teraz cię zaskoczę: ostatnio inspiruje mnie instrument bardzo zwyczajny. Tak się złożyło, że jeden z przyjaciół, kiedy zmieniał niedawno mieszkanie na mniejsze, nie miał co począć ze swoim koncertowym fortepianem i poprosił mnie o jego przechowanie. Możesz się domyślić, że zgodziłem się w ciągu sekundy i teraz bawię się jego brzmieniem (w słuchawce rozlega się brzęk fortepianu). Lubię też artystów tworzących własne instrumenty. Choćby Konono nr 1, którzy wykorzystują różne przystawki i przestery do zniekształcania brzmienia tradycyjnych instrumentów. Właśnie w takich sytuacjach nabieram pewności, że koncerty – w przeciwieństwie do płyt – nigdy się nie skończą. Ludzie coraz bardziej cenią występy na żywo. Wychowani na sterylnym cyfrowym dźwięku, dopiero na koncertach doświadczają prawdziwej muzyki – wibracji powietrza, organicznego przeżycia.

Tak. Mamy przygotowany mały straganik z płytami, które sprzedajemy tylko na koncertach. Będziecie mogli zaopatrzyć się np. w nagranie naszego zeszłorocznego koncertu w Brukseli.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj