Żałowałeś kiedyś, że wybrałeś zawód aktora?

Reklama

Paweł Małaszyński: Nie, chociaż zawsze chciałem być muzykiem i tak zarabiać na życie, ale wciąż nim jestem, więc czego tu żałować? Razem z zespołem 14 maja zeszłego roku wydaliśmy płytę "Back to Beginning", a latem wchodzimy ponownie do studia i już jesienią ukaże się nasz trzeci album "118".

Może to ta rola, na którą czekasz – gwiazdy rocka?

Gdybym był młodszy o te dziesięć lat, to na pewno powalczyłbym nawet o rolę w "Jesteś Bogiem", czy we "Wszystko, co kocham". Fajny, dziki, muzyczny film, to byłoby to.

Wszystko jeszcze przed tobą. Możesz zagrać w filmie biograficznym, jak ten o Ryszardzie Riedlu, "Skazani na bluesa".

Tylko, że w naszym kraju takich filmów się nie robi. To jest Polska, która nie potrafi wykorzystać swojej historii, bohaterów, ikon, a jest tyle tematów, które można przenieść na ekran. Chociażby "Powstanie Warszawskie" – powstaje, powstaje i wciąż powstać nie może.

A gdyby ktoś jednak chciał zrobić taki film, to, którego muzyka zagrałbyś z zaszczytem?

Zawsze o tym myślałem i byłbym przerażony grając legendę. Dlatego podziwiam Roberta Więckiewicza, który wcielił się w rolę Lecha Wałęsy i z niecierpliwością czekam na ten film. Jeśli miałbym wybrać taką postać, to tę moją psychodeliczną część zawsze pociągał Jim Morison, inspirował John Lennon. Ale wiem, że to role, które nigdy nie nadejdą, więc mogę spać spokojnie (śmiech). Z polskich artystów taką osobą jest Grzesiek Ciechowski. Dla mnie to była bardzo tajemniczą postać.