– tak pisał na początku 1965 roku brytyjski magazyn muzyczny "Melody Maker". Chodziło o zespół Zbigniewa Namysłowskiego, jazzmana, który w połowie lat 60. stał się jedną z najważniejszych postaci europejskiej sceny.
Najpierw (od połowy lat 50.) występował jako pianista, później puzonista, dalej wiolonczelista z różnymi zespołami grającymi jazz tradycyjny. Początki następnej dekady to już przejście na saksofon altowy i poszukiwania innego jazzu. Wraz z grupą The Wreckers, w której grali Andrzej Trzaskowski i Michał Urbaniak, został w 1962 roku zaproszony na koncerty do USA (jako pierwszy polski zespół jazzowy). Szybko powołał do życia własny kwartet, który momentalnie zyskał uznanie. Przyczyniło się do tego wydanie jego płyty w serii "". Album "" został nagrany i wydany zaledwie kilka miesięcy po innych płytach, które naznaczyły polską szkołę jazzu: "" i "" Krzysztofa Komedy, na której zresztą Namysłowski też zagrał.
Kwartet Namysłowskiego tworzyli doskonali instrumentaliści: pianista Adam Makowicz (podpisany wtedy jeszcze swoim prawdziwym nazwiskiem Matyszkowicz), zmarły kilka lat temu kontrabasista Janusz Kozłowski, który grał też z Komedą czy Kurylewiczem, oraz perkusista (kilkukrotnie wyróżniony przez "Jazz Forum" jako perkusista roku) Czesław Bartkowski. Materiał ten nagrali w styczniu 1966, wszystkie kompozycje są autorstwa Namysłowskiego. Muzyk sam mówił, że granie w kwartecie najlepiej mu odpowiada, i to słychać. Namysłowski prezentuje tu całą barwę swoich umiejętności. W zróżnicowanym melodycznie repertuarze daje upust folkowym inspiracjom, zachwyca free jazzem, prostą balladą, solówkami.
Niedawno ukazało się pierwsze od dekad premierowe wydawnictwo z logo "". Z numerem 77 Polskie Nagrania wypuściły płytę "". Jeżeli jednak zaczynacie przygodę z muzyką tego znakomitego jazzmana, polecam najpierw przesłuchanie albumu sprzed 50 lat. W zremasterowanej wersji ukazał się na CD i płycie winylowej. Ta ostatnia powinna ucieszyć fanów analogów, bo oryginały z 1966 roku są trudne do zdobycia.
Kolejną płytą, która właśnie doczekała się wznowienia, jest "" kwintetu Tomasza Stańki. K w tytule odnosi się do Krzysztofa Komedy, jazzmana, który – jak twierdzi sam Stańko – odcisnął na nim największe piętno. Mówił: "". "" trębacz nagrał w 1970 roku, kilka miesięcy po śmierci Komedy. Oprócz Stańki zagrali tu m.in. znakomity perkusista, także wykonawca awangardowej muzyki poważnej Janusz Stefański czy świetny saksofonista i skrzypek Zbigniew Seifert. Raz grają tu w szalonym, dynamicznym stylu (""), innym razem nastrojowo (""). Kwintet gra też na granicy irytacji, kiedy w "" powtarza wielokrotnie krzykliwy motyw saksofonów przypominający sygnał karetki. Kompozycja tytułowa to już wariacka zabawa dwoma muzycznymi tematami, na której każdy z muzyków daje popis możliwości. To nie jest łatwa płyta, nie ma tu rozluźniających dźwięków, jest wymagający zróżnicowany jazz.
Jeszcze większego zaangażowania i otwartości wymaga inny krążek z jazzowej serii. "" zespołu Paradox to przykład awangardowego jazzu, jakiego ze świecą można szukać na naszej scenie. Album został wydany w 1971 roku jako 26 część "Polish Jazz". Jazzowo-ludowo-psychodeliczne rejony Paradox penetrował oryginalnie dzięki nietypowemu jak na jazzowe składy instrumentarium. Twórca zespołu puzonista Andrzej Brzeski mówił: "Wydaje się paradoksem grać jazz bez perkusji, w dodatku używając fagotu i wiolonczeli, która bzyczy i pojękuje bebopowymi kwintami zmniejszonymi". Pomimo wielu nagród na festiwalach jazzowych, także poza Polską, zespół przetrwał jedynie niecałe sześć lat, pozostawiając po sobie tę jedną płytę.
Z zespołem współpracowała wokalistka Marianna Wróblewska, której płyta "Sound of Marianna Wróblewska" z 1972 roku ("Polish Jazz" numer 31) to jazz w wersji popularnej. Marianna Wróblewska wykonuje tu standardy w stylu "", "" czy "". Doskonałe muzyczne zaplecze zapewnili jej zespół Zbigniewa Namysłowskiego, Mieczysław Kosz czy Włodzimierz Nahorny. Później w "" ukazały się jeszcze dwa albumy Wróblewskiej: "" (1975) nagrane wraz z Old Timers oraz "" (1978).
"" to w pełni solowe nagranie wybitnego pianisty Adama Makowicza. Składają się na nie kompozycje muzyka oraz po dwie Johna Coltrane’a i Scotta Joplina. Makowicz, który uczył się fortepianu klasycznego, daje tu popis swojego wyciszonego, wirtuozerskiego stylu, nie bawiąc się w niepotrzebne upiększenia, ale bazując na emocjonalnym przekazie. Stonowana i wyciszona, choć jednocześnie niezwykle wciągająca płyta.
Rok po "" ukazał się album "", pierwszy w karierze Laboratorium. Zespół działał już wtedy od kilku lat i miał spore grono fanów. Premierę albumu połączoną z podpisywaniem płyt zorganizowano w ówczesnym salonie Polskich Nagrań w Warszawie. Także dzięki dobrej promocji album rozszedł się w ponad 115 tysiącach egzemplarzy. Głównym jej elementem jest kilkuczęściowa tytułowa suita, o której pianista Janusz Grzywacz mówił w jednym z wywiadów: "". Z tego miksu wyszła jedna z najciekawszych płyt jazzowych z użyciem elektroniki lat 70. Wraz z wyżej wymienionymi płytami pokazuje szeroki przekrój jazzowych poszukiwań na polskiej scenie w latach 60. i 70.