Branża rozrywkowa nie ma skrupułów. Wstęp do niej jest pilnie strzeżony i kosztuje sporo wyrzeczeń. Ale gdy jest się już w środku show-biznesu, zyskuje się dostęp do przywilejów i intratnych propozycji. Wraz ze wzrostem rozpoznawalności i renomy artysty rośnie popyt na przetwarzanie jego wizerunku w celach marketingowych. Popularność – mierzona liczbą sprzedanych płyt, napisanych książek albo zagranych ról – to tylko karta przetargowa niezbędna podczas targowania się o honorarium. Grunt to sprzedać ten potencjał za dobrą cenę. Czyli taką, którą wynegocjuje sprawny pośrednik w osobie menedżera.
Marek jest po pięćdziesiątce. Od przeszło 20 lat pracuje w branży rozrywkowej jako menedżer i producent muzyczny. Znany jest z ostrego temperamentu i prowadzenia twardych negocjacji. Może sobie na więcej pozwolić, bo reprezentuje topowych wykonawców. Nie są to wprawdzie telewizyjni celebryci, ale mają posłuch w branży i regularnie pojawiają się na okładkach pism. Kiedyś wyciągnął z zawodowego niebytu jednego z gwiazdorów polskiego jazzu. opowiada Marek.
Komputer, telefon, entuzjazm
Aby zostać menedżerem, Marek nie potrzebował specjalistycznego wykształcenia. O wszystkim zadecydował przypadek. Wcześniej pracował jako dziennikarz radiowy, jeździł na koncerty, przeprowadzał wywiady, a że miał w ramówce trochę czasu do zagospodarowania, wymyślił autorską audycję, łączącą rozmowę z zaproszonym gościem i transmisję jego występu. W końcu sam zaczął organizować koncerty, początkowo dla jednego artysty. A gdy musiał odejść z radia, ten sam artysta namówił go, aby przebranżowił się na promotora. To były lata 90., rynek nie został jeszcze opanowany przez młodych ludzi sukcesu. Na fali wolności gospodarczej powstawało wiele agencji impresaryjnych, ale miejsce znalazło się dla każdego. A artyści – po upadku państwowych firm, zapewniających im zawodową stabilizację – szukali nowych zawodowych opiekunów.
Dzięki tej współpracy Marek poznał innego artystę – o dużym dorobku estradowym i fonograficznym. Ten akurat obchodził okrągłe urodziny, ale mało kto o nim pamiętał. Początkujący promotor postanowił zorganizować mu specjalną trasę koncertową – 60 koncertów z okazji sześćdziesiątki. Nie miał wyrobionych kontaktów, a tylko komputer, telefon i dużo entuzjazmu.
– opowiada Marek.
Dzwonił, bukował koncerty na piątek, sobotę oraz niedzielę. Efekt? Jubileusz się udał i do dziś wspomniany artysta nie pozwala o sobie zapomnieć.
Teraz Marek pracuje z legendą polskiego rocka, której pomógł po latach wrócić na scenę. Z muzykami kapeli zna się od dawna, więc układ towarzyski bierze górę nad biznesowym. Nie pobiera prowizji od każdego koncertu, co jest normą w tej branży. Po opłaceniu wszystkich kosztów – przejazdów, ekipy technicznej itd. – to, co zostanie, dzieli między siebie i członków zespołu. Każdemu po równo, bo na sukces pracują wspólnie.