Byłem zbyt leniwy – odpowiedział Albarn w jednym z wywiadów na pytanie, dlaczego dopiero w wieku 46 lat podjął decyzję o nagraniu solowego albumu. "Leń" to jednak ostatnie słowo, jakie pasowałoby do lidera Blur. Jeszcze w czasach wzmożonej działalności zespołu pod koniec lat 90. wprowadził sumienny system pracy w studiu jak w biurze – od poniedziałku do piątku, od dziewiątej do siedemnastej. Po zawieszeniu działalności zespołu (w latach 2003–2008) nie zwolnił tempa pracy: stworzył multimedialny projekt Gorillaz, powołał do życia supergrupy The Good, The Bad & The Queen oraz Rocket Juice and the Moon, podróżował do Afryki, nagrywał z tamtejszymi artystami i organizował dla nich trasę po Wielkiej Brytanii "African Express", realizował zamówienia na soundtracki i opery jak "Monkey: Journey to the West" i "Dr. Dee". – Dobrze, może nie jestem leniwy – reflektuje się po chwili. – Po prostu byłem ciągle zawalony robotą i nie myślałem o tym, żeby wydać album pod swoim nazwiskiem.

Do nagrania "Everyday Robots" zmotywował go Richard Russell, szef wytwórni XL Recordings. Poznali się przy produkcji albumu Bobby'ego Womacka "The Bravest Man in the Universe", najpierw myśleli o założeniu kolejnej supergrupy, ale doszli do wniosku, że będzie za dużo zachodu. – Richard powiedział, że podobają mu się moje osobiste, melancholijne piosenki i chciałby wyprodukować właśnie taki mój album. Odpowiedziałem: jasne, nie ma problemu – wspomina Albarn. – Myślałem, że to będzie tylko kolejny projekt. Dopiero po jakimś czasie zadałem sobie pytanie, co to znaczy nagrać solowy album? Czym powinien różnić się od tego, co robiłem dotychczas. Doszedłem do wniosku, że płyta powinna być bardziej o mnie, każde zdanie powinno opisywać prawdziwe wydarzenie z mojego życia. Powiedziałem sobie: Tym razem nie możesz niczego zmyślać, Damon!

Od początku kariery Damon Albarn uchodził za zdolnego tekściarza i obserwatora życia codziennego, uznawany był za kontynuatora wspaniałej brytyjskiej tradycji The Kinks, The Jam, The Specials. W czasach Blur zazwyczaj śpiewał utwory w trzeciej osobie, jego teksty były inteligentne, pełne erudycji i ironii. Dopiero na albumie "13" jego piosenki stały się bardziej osobiste i emocjonalne. Na płytach Gorillaz też opisywał autobiograficzne historie w przebojach "Clint Eastwood" i "Dirty Harry". Jednak solowy album miał być innym wyzwaniem. Pewnego dnia spakował iPada, wsiadł na rower i z przyjacielem Remim Kabaką odbył wycieczkę do miejsc swojego dzieciństwa i młodości. – Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jaki miały one na mnie wpływ. Do dziewiątego roku życia mieszkałem w bogatym, multikulturowym wschodnim Londynie. Potem spędziłem dziwne, magiczne wakacje w Turcji, chodziłem całymi dniami po ulicach kolorowego Stambułu. Po powrocie do Anglii rodzice przeprowadzili się na wieś i wylądowałem w strasznym, anglosaskim Essex. Czułem się tam jak outsider i wycofałem się do własnego świata. Postanowiłem zająć się muzyką, a moi koledzy mieli mnie za dziwaka. Te wspomnienia zainspirowały go do najbardziej autobiograficznego tekstu w karierze "Hollow Ponds", przytacza w nim ważne daty z życia od 1976 roku, a w tle pojawiają się dźwięki nagrane na boisku w jego dawnej szkole.

Na "Everyday Robots" po raz pierwszy śpiewa o sprawach prywatnych w "The History of the Cheating Heart" i "The Selfish Giant", choć w wywiadach nie chce wdawać się w szczegóły. – Wolę, żeby każdy interpretował je po swojemu. Prawdziwą sztuką jest pisanie osobistych piosenek, które mają wymiar uniwersalny – tłumaczy artysta. Za to bez skrępowania rozwija wątek uzależnienia od heroiny pojawiający się w "You and Me". – Kiedyś po trasie Blur wróciłem do domu, w którym mieszkałem z Justine Frischmann. Wszedłem do pokoju, na stole wysypana była działka i pomyślałem, czemu by jej nie wziąć? – tłumaczy. – Może nie powinienem tego mówić, ale to było bardzo kreatywne doświadczenie. Pozwoliło mi się uwolnić, odkryłem piękno i prostotę afrykańskiej muzyki, poczułem lepiej rytm, zmieniłem sposób śpiewania. To był szalony czas, brałem przez pięć dni w tygodniu, a weekend robiłem sobie przerwę, żeby nie rozsypało się moje życie.

Podobno od tamtego czasu stara się unikać używek, ale jego kreatywność nie ma końca. Na solową płytę napisał ponad 60 utworów, inspirację czerpał nawet z tak zwyczajnych przeżyć jak wyjazdy do domu letniskowego w Devonie w "Heavy Seas of Love" czy wizyta u znajomych w wiosce w Tanzanii w "Mr Tembo". – Pewien religijny człowiek wychowywał tam małego słonika i puszczał mu muzykę gospel. Był naprawdę słodki, więc wymyśliłem dla niego kołysankę i zagrałem mu ją na ukulele. Podczas występu słonik pił mleko i zrobił białą kupkę. Nikt jeszcze nie zareagował tak na moją muzykę.

Głównym tematem albumu "Everyday Robots" nie są jednak sentymentalne wycieczki artysty, ale aktualne obserwacje dotyczące wpływu technologii na nasze codzienne życie. Utwór tytułowy Albarn wymyślił, stojąc w korku w Kalifornii. – Wszyscy dookoła mnie byli zamknięci w swoich małych światach. Rozmawiali przez telefon, szukali czegoś w internecie, odtwarzali muzykę na słuchawkach. Lubię pisać o przyszłości, wyobrażać sobie, jak będzie wyglądał świat. Jak śpiewałem w "The Universal", nikt nie spodziewał się, że kiedyś będziemy obserwowani na każdym kroku przez satelity, a teraz to nasza rzeczywistość. Obecnie zastanawiam się, czy w przyszłości wystarczą nam kciuki zamiast pięciu palców? Czy technologia pozwoli nam lepiej poznać nas samych, czy uczyni nas robotami? A jak patrzę na pokolenie mojej córki, to zastanawiam się, jak długo nastolatki będą spędzali całe dnie na komunikowaniu się i nie będą robili niczego innego?

Spostrzeżeniami na temat korzystania ze smartfonów, z tabletów i laptopów dzieli się również w utworach "Lonely Press Play" i "Photographs (You Are Taking Now)". Przyznaje, że sam nie jest gadżeciarzem, choć nie może rozstać się z iPadem, na którym m.in. nagrał album Gorillaz "The Fall" i nakręcił teledysk "Lonely Press Play". Natomiast pomimo ambiwalentnego stosunku do współczesnego świata i kultury magazyn "NME" przyznał mu w tym roku nagrodę dla najbardziej innowacyjnego artysty, a jego wkład w muzykę porównywany jest z osiągnięciami takich wizjonerów jak David Bowie, Brian Eno czy David Byrne.

Z wywiadów przy okazji promocji solowego albumu niewiele można się dowiedzieć na temat przyszłości jego pozostałych zespołów. Blur zarejestrowali kilka piosenek z Williamem Orbitem podczas trasy po Azji, ale nie są jeszcze gotowi, żeby zrobić cały album. W planach jest powrót Gorillaz, bo artysta pogodził się z Jamiem Hewlettem i ma dużo nowego materiału, ale nie ma czasu go skończyć. Często pada też pytanie o znajomość z Noelem Gallagherem z Oasis, z którym esemesuje sobie o piłce nożnej.

Po raz pierwszy Albarn opowiada również o tym, jak zwyczajnie wygląda jego życie. Mieszka z partnerką Suzi Winstanley i 14-letnią Missy w zachodnim Londynie na Westbourne Grove. Nie daleko mieści się hiszpańska szkoła córki oraz studio 13 na Latimer Road. Natomiast jego sąsiadem jest Brian Eno. – Spotkaliśmy się po raz pierwszy w lokalnym klubie, gdzie ja chodziłem biegać na bieżni, a on robił dużo ciekawsze rzeczy jak wodny aerobik – mówi z uśmiechem o swoim idolu. A jak wygląda jego codzienne życie? – Wstaję rano o 6.30, zjadam musli z bananem i wpijam herbatę. W poniedziałek i środę robię trening kondycyjny, we wtorek i w czwartek biegam, w piątek boksuję, a w weekend relaksuję się w domu. Z reguły od rana do wieczora siedzę w studiu i jestem zajęty. Myślę, że mam zajęcie na kolejne trzy albo cztery lata – podsumowuje.

Solowy debiut Damona Albarna "Everyday Robots" ukazał się nakładem XL Recordings/Parlophone.