Cztery lata temu zadebiutował krążkiem "". Przyjęcie w rodzimej Europie (Michael jest synem imigranta z Ugandy, dorastał i wychowywał się w Londynie) miał bardzo ciepłe, z pierwszymi piątkami listy najlepiej sprzedawanych płyt włącznie. To jednak kolejny przypadek wykonawcy, który mimo to pozostał szerzej nieznany. Cóż, takie czasy - media by przyciągnąć muszą krzyczeć, a większości nie chce się zająć się kimś, kto nazwisko ma nieznane.
Teraz to powinno się odmienić, musi się odmienić. Kiwanuka nagrał album, o którym z czystym sumieniem możemy mówić, że będzie jedną z najlepszych płyt roku. I która pozostanie na dłużej, nie będzie jedynie meteorem.
Sam bardzo niechętnie przyznaje się do związku z którymkolwiek z gatunków. Poprzez predyspozycje głosowe sytuowany jest bliżej soulu i funku, niektórzy mówią o wyraźnym wpływie indie pop. Nie jest to łatwy przypadek do szufladkowania, co z kontaktu z jego muzyką czyni zabawę jeszcze bardziej wyrafinowaną, wysublimowaną.
"" to dzieło, a momentami arcydzieło. Już otwierające "" nakazuje się zatrzymać od pierwszej chwili. Chór, delikatnie pływająca gitara tworzą klimat o jakim David Gilmour, kochający podobne instrumentalno-solówkowo-wirtuozerskie snuje może tylko pomarzyć. Choć - dodajmy - to on jest dla Kiwanuki mistrzem.
Od razu młody, niespełna trzydziestoletni muzyk wciąga nas w nastrój melancholii, nastrój tęsknoty za ciepłem, za miłością. I każe przypomnieć sobie jak nagrywali przed laty wielcy: Ottis Redding czy Van Morrison. A przy okazji nie boi się śpiewać o tym co ważne, istotne, dotykające. "" to rzecz, do której wracać się będzie nie raz przy dyskusjach o tolerancji i dyskryminacji.
Wielką magnetyczną siłę mają nagrania Kiwanuki. Do wybranej na promującą płytę piosenki "" chcemy wracać niemal natychmiast, zaraz po zakończeniu słuchania. Tworząc muzykę wybitnie nastrojową odwołuje się do tego, co jej najbardziej sprzyja – orkiestracji, zabaw z brzmieniem rodem z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, tonacją, dobrze napisanym słowem.
A co najważniejsze i co sprawi, że Kiwanuka powinien wejść w świat gwiazd największych – jego muzyka nie jest przesadnie wyrafinowanym, przesadnym, dostępnym do zamkniętego świata znawców towarem.
Większość ważnych płyt wokół soulowych płyt ostatnich lat tak mocno wchodziła w jazz, że nawet jeśli serce podpowiadało, że muzyka na nich zawarta jest wielka, to nie pozwalała się zrozumieć bez odrabiania pracy domowej – przesłuchiwania setek, jeśli nie tysięcy krążków, które poszerzają horyzonty. "Love & Hate" zadowoli, jeśli nie uszczęśliwi znawców, ale - co ważniejsze - pozwoli na otworzenie się na zupełnie nowych, często niezorientowanych w klasyce fanów. W czasach w których muzyka odzyskuje miliony fanów dzięki boomowi na aplikacje streamingowe nie ma nic bardziej potrzebnego.