Pearl Jam należy do wąskiej grupy zespołów, które już nie muszą. W czasach wolnych od zarazy wyprzedawali trasy koncertowe, a każda ich płyta stawała się bestsellerem. I wydarzeniem omawianym na forach, social mediach. Fani dźwięki rozbierają na czynniki pierwsze, a teksty w dniu premiery są znane przez miliony fanów. Zarówno tych bardzo młodych, jak i tych, którzy pamiętają magiczny dla muzyki rok 1991.

Reklama

Chwalenie muzyków za to, że im się chce i poszukują nowych rozwiązań w ramach stylistyki, której śmierć była wieszczona zanim Pearl Jam się narodził, wielu może się wydawać przesadą. „Here We Are Now, Entertain Us” – śpiewali we wspomnianym roczniku ziomkowie i przyjaciele zza miedzy. Podejście „płacę więc wymagam” w stosunku do gigantów gitarowego grania nie jest powszechną rzeczą, a słabsze lub nawet kompletnie nieudane albumy są wybaczane w myśl zasady: ważne, by grali i ruszyli w trasę. W niepewnych czasach, w których tournée jako zjawisko może być wspominane jako coś, co działo się „dawno, dawno temu, w odległej galaktyce”, podejście znamionujące choćby chęć poszukiwań jest perłą, nad którą warto się pochylić.

Choć dodajmy od razu – to nie jest album, który wywraca ideę grania, jaką reprezentuje Pearl Jam, do góry nogami.

Zaczęło się od „Tańca jasnowidzów”. „Dance Of The Clairvoyants” był – czytając komentarze fanów – pozytywnym szokiem. W sposób oczywisty nawiązujące do Davida Byrne’a i Talking Heads przynosił struktury dźwiękowe do tej pory w muzyce zespołu ze Seattle niemal nieobecne, a dodatkowo podszyte niepokojącą elektroniką. A dodatkowo słowa, które dziś możemy odczytywać nieco inaczej, niż w dniu premiery samego nagrania: „Expecting perfection/ Leaves a lot to ignore/ When the past is the present/ And the future's no more”.

Jakby tego było mało kolejne nagrania wskazywały, że nawet Eddie Vedder – przesympatyczny, ale zakochany w swych wokalnych manierach typ – stara się coś zmieniać, by w 55. wiośnie swego życia móc zaskoczyć zarówno miłośników, jak i siebie samego.

Nie tylko on. Oczywiście w „Quick Escape” słyszymy gitarowe popisy, jakie znamy od dekad, ale przy okazji mamy i zabawy klawiszami, subtelności, gry produkcją. Podobne zabiegi, w nieco delikatniejszej formie mamy w nagraniu „Alright”, które zbliżone jest do nagrań, które znamy z przeszłości.

Album zamyka „River Cross”. Tu Vedder najbardziej daje się ponieść temu, co kocha od lat. Śpiewa w sposób, który uwodzić będzie fanów, którzy pamiętają, jakim artefaktem były kraciaste koszule, daje się porwać ekspresji, którą ciężko podrobić i która jest znakiem wodnym jego twórczości. I wersy „Share The Light/Won’t Hold Us Down” znów pasują do rzeczywistości bardziej, niż inne.

Peal Jam dobrze wie, że w rocku wiele nowych rozwiązań nie znajdzie. Kłania się amerykańskiej tradycji, ale w zupełnie inny sposób, niż wielu mogłoby się spodziewać. Sam też jest tradycją, ale nie popełnia autoplagiatów, nie przepuszcza dźwięków przez własny generator dźwięków (jak to zrobił przy okazji doskonałego „Sirens”). „Gigaton” to poszukiwanie i odnajdywanie. Czerpanie garściami ze skarbnicy amerykańskiego rocka (posłuchajcie „Comes And Goes”), ale i krok do przodu. Dla Pearl Jam.

Artyści żyją z fanów. My dajemy im pieniądze za rozrywkę. Można kosić miliony jak Green Day, a można i tak, jak Pearl Jam.

Zdecydowanie bliższa mi druga droga.

Pearl Jam „Gigaton”. Unieversal Ocena 8/10