Muzyk pochodzenia rosyjsko-żydowskiego (po ojcu) i z Bahamów (po matce) 20 lat temu wniósł świeżość do poprockowego mainstreamu. Jego pierwsze płyty "Let Love Rule", "Mama Said" i "Are You Gonna Go My Way" oczarowały drapieżnymi riffami w stylu Jimiego Hendriksa i lekko zachrypniętym wokalem. Seksapil Lenny’ego, łączący drapieżnego rockersa z romantykiem, szczególnie podbił damskie serca. Także artystek, m.in. Vanessy Paradis i Madonny – dla obu pisał piosenki. Po 10 latach Lenny, zamiast skupić się na piosenkach właśnie, stał się celebrytą pokazującym się na okładkach gazet z modelkami i aktorkami. Gwoździem do jego artystycznej trumny był wydany trzy lata temu album "It Is Time for a Love Revolution". Słabe wyniki sprzedaży i krytyka tej przesłodzonej, ckliwej płyty dały Kravitzowi do myślenia. Po trzech latach powrócił do tego, co podobało się 20 lat temu. Nie w każdym miejscu "Black and White America", ale na szczęście w większości.

Otwierający płytę tytułowy numer rozruszałby taneczne parkiety w latach 70. Jadący na akcję swoim cadillakiem Shaft mógłby puścić ten pełen dance’u i funkowego basu numer na cały regulator. Drugi, "Come on Get It", to z kolei Kravitz, jakiego pokochaliśmy w latach 90. Wkurzony wrzeszczy do mikrofonu, bijąc ostro w gitarę i dokładając do tego pojedyncze dźwięki saksofonu. Jest ballada "Liquid Jesus", w której Lenny przypomina, że potrafi uroczo śpiewać cienkim głosikiem. W funkowym "Boongie Drop", o zaletach kobiet z Bahamów, gościnnie udzielają się Jay-Z i DJ Military. "I Can’t Be Without You" z miłosnym wyznaniem Lenny'ego na pewno będzie tym kawałkiem, przy którym dziewczyny będą prosić swoich mężczyzn do tańca.


Album kończy jazzująca ballada "Push" z gitarowym solo Kravitza. Osobista jak każdy numer na tej płycie. Lenny pisze modlitwę dziękczynną do Boga za to, co otrzymał w życiu, wspomina zmarłą matkę, mówi o swoim szczęściu i miłości. Mankamentem jest to, że czasami mówi i gra za dużo. Sam zresztą przyznał, że to w zasadzie podwójny album, tylko wytwórnia nie promuje go w ten sposób.

Na pewno lepiej wyszłoby "Black and White America", gdyby artysta albo management ucięli z niego kilka numerów. Irytują wyjęte jak z albumu Jona Bona Joviego "Rock Star City Life", pseudobitelsowskie "Stand" czy rozmemłane, płaczliwe "Dream" a`la balladka Take That. Gdyby nie te numery, "Black and White America" byłoby bardzo dobrą, osadzoną w retro rocku i funky płytą. Tak jest tylko płytą solidną. Oby w listopadzie podczas polskiego koncertu Lenny Kravitz za dużo nie plumkał, tylko rozwalił warszawski Torwar zgrzytem ze swojej gitary.

LENNY KRAVITZ | Black and White America | Roadrunner Records