W jednym z wywiadów wyznałaś, że wykonujesz "kobiecą muzykę dla mężczyzn". Co konkretnie przez to rozumiesz?
Rykarda Parasol: Użyłam tego stwierdzenia jako prowokacji. Na co dzień staram się nie definiować siebie w kategoriach płci, do której przynależę. Wydaje mi się to bardzo ograniczające. Na szczęście dziś coraz łatwiej się od tego wyzwolić. Mężczyźni chętnie słuchają kobiecych głosów, a dla młodych muzyków, którzy chcą ze mną współpracować, nie liczy się nic innego poza moimi umiejętnościami.

Należysz do grona artystek, dla których teksty piosenek pozostają tak samo istotne, jak muzyka. Dlaczego przywiązujesz do nich tak wielką wagę?
Sądzę, że nie jestem zbyt dobrym muzykiem, więc staram się skupić na tym, co uważam za swój atut. Już jako dziecko lubiłam dużo czytać i odkryłam w sobie pewien talent literacki. Lubię używać metafor i bawić się wieloznacznością słów. Starałam się o tym pamiętać zwłaszcza podczas pracy nad płytą "Blood & Wine". Większość tekstów powstało wówczas jako wiersze, które dopiero później zostały dopasowane do konkretnej muzyki.

Czy sztuka poezji wydaje ci się szczególnie bliska muzyce?
Zdecydowanie tak. Dobry wiersz ma w sobie przecież rytm i melodyjność, a więc cechy, których wymaga się od każdej dobrej piosenki. Przykładem poety, którego twórczość zawsze przywoływała mi na myśl muzykę, zawsze był chociażby William Auden.

Często powtarzasz, że muzykę, którą wykonujesz, określiłabyś jako "rock noir". W jaki sposób zdefiniowałabyś ten osobliwy nurt?
Słowo "noir" w kinie i literaturze kojarzy mi się z wizją świata, która zakłada pewien dystans do rzeczywistości. Wprawdzie emanuje mrokiem, ale jednocześnie nie stara się przytłoczyć nim odbiorcy. W kinie dostrzegam coś podobnego u Hitchcocka i Tarantino. Jeśli chodzi o muzykę, za zespół wykonujący "rock noir" uznałabym na przykład Mazzy Star.

Obecna w twoich piosenkach gorycz z pewnością bywa przełamywany za sprawą poczucia humoru. Czy dostrzegasz w nim elementy tradycji żydowskiej, z którą jesteś związana ze względu na pochodzenie twojego ojca?
Choć nie każdy ma dziś tę świadomość, żydowskie poczucie humoru bardzo mocno naznaczyło całą kulturę Stanów Zjednoczonych. Żydowskie pochodzenie deklarowało przecież wielu spośród najwybitniejszych amerykańskich komików. Nie jestem bynajmniej ekspertem w dziedzinie antropologii, ale wydaje mi się, że taki żydowski dowcip nie bez powodu trafił na podatny grunt w kraju zbudowanym przez imigrantów i tułaczy. Od dawien dawna częścią żydowskiego losu było przecież podróżowanie i niemożność zakorzenienia się w jednym miejscu.

Do zakończenia II wojny światowej twój ojciec mieszkał w Polsce. Czy w swoim życiu starał się jakoś podkreślać związki z tym krajem?
Po wojnie tato wyjechał do Izraela i traktował samego siebie jako obywatela właśnie tego kraju. W życiu ojca rzeczywiście zachowały się jednak drobne wpływy polskiej kultury. Do naszej codzienności przesiąkło z waszego języka na przykład słowo "pierożki".

Dziś stajesz się w Polsce coraz popularniejsza. Czy częste pobyty w naszym kraju przekładają się na twoje zainteresowanie tutejszą rzeczywistością?
Pobyt w Polsce zawsze kojarzy mi się z ambiwalencją. Z jednej strony czuję się podświadomie związana z ojczyzną mojego ojca. Z drugiej mam jednak świadomość, że tak naprawdę nic nie wiem o waszym kraju. Byłabym jednak idiotką, gdybym nie wykorzystywała okazji do poznania obcej kultury i poszerzania pola inspiracji. Jako dziecko nie lubiłam szkoły, ale teraz staram się być pojętną uczennicą.

Płyta "Against the Sun" spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem krytyki. Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że to najbardziej optymistyczny z twoich dotychczasowych albumów?
Możesz mieć rację. Poprzednia płyta "Blood & Wine" była moim rozliczeniem z przeszłością, próbą zrozumienia, dlaczego jestem, jaka jestem. Dziś mam już przed sobą inny etap. Wychodzę z założenia, że ktoś może mieć mi za złe introwertyczność i niekonwencjonalność, ale ja świetnie czuję się sama z sobą i to jest najważniejsze.

Swego czasu ujęłaś mnie deklaracją, że – jak każda kobieta – uwielbiasz whisky i papierosy. Masz w tych kwestiach jakieś preferencje?
Najchętniej piję chyba bourbona. Odkąd mieszkam w Paryżu, zdążyłam także znaleźć swój ulubiony koniak. Jeśli zaś chodzi o papierosy, staram się ograniczać do jednego w tygodniu. To mój francuski przysmak, a przyjemności trzeba umieć sobie dawkować.