Morrissey od lat cieszy się opinią bufona i histeryka. Warszawski koncert tylko to potwierdził. Pół godziny po rozpoczęciu występu, muzyk przerwał go twierdząc, że ktoś z publiczności go obraził. – To nie było miłe – powiedział. Opuścił więc scenę, a chwilę później jego przedstawiciel oświadczył, że artysta nie czuł się bezpiecznie.

Publiczność cierpliwie czekała, ale zdania nie zmienił. Wściekli i rozżaleni fani opuszczali klub, zastanawiając się: o co chodzi? Jeden z widzów obraził artystę krzycząc "Don't chat just sing", ale pojawiły się też opinie, że gwieździe nie podobały się rzucane na scenę prezenty.

Czy Brytyjczyk musiał od razu strzelać takiego focha? I to w stosunku do swoich – bardzo wiernych przecież – fanów, którzy przynieśli mu kwiaty i upominki? I którzy czekali pod Stodołą od 3 nad ranem. Na portalach społecznościowych pojawiły się komentarze, że Morrissey tylko szukał wymówki, bo zwyczajnie miał problemy z głosem. Tak czy siak, pozostał niesmak.

W nocy pojawił się komunikat organizatorów koncertu:

– W trakcie dzisiejszego koncertu Morrisseya w klubie Stodoła w Warszawie jeden z widzów stojących blisko sceny wypowiedział niezwykle obraźliwe i szowinistyczne słowa pod adresem Artysty. Zaistniała sytuacja zmusiła Artystę do opuszczenia sceny.

Zapraszamy wszystkich obecnych na warszawskim koncercie do nieodpłatnego uczestnictwa w koncercie krakowskim, który odbędzie się w Łaźni Nowej 21 listopada 2014 roku.

Wciąż nie wiadomo na jakich zasadach, i czy w ogóle, zwracane będą pieniądze za bilety (149 i 199 zł)?