Anna Sobańda: Ponoć ma pan wielu wrogów wśród polskich muzyków. Czy po tej książce ich liczba się zwiększyła?

Jest zbyt wcześnie, żeby to oceniać. Zadzwonił do mnie na razie tylko Lech Janerka, któremu wysłałem książkę. Chyba poczuł się dotknięty, czemu się dziwię, bo moim zdaniem jest w niej przedstawiony najlepiej ze wszystkich. To jest mój ulubiony wykonawca, którego piosenki cytuję, gdyż uważam, że pisze najlepsze teksty. Muzycy generalnie są przewrażliwieni na swoim punkcie. Łatwo przychodzi im negowanie tego, co robi konkurencja, ale bardzo źle znoszą krytykę skierowaną pod swoim adresem.

Rockmani nie mają dystansu do siebie?

Nie mają. Przykładem tego są Czesław Niemen, Wojciech Waglewski, czy Grzegorz Ciechowski, choć z tym ostatnim jeszcze dało się rozmawiać. Waglewski zaś, mimo iż znamy się od 30 lat, kiedyś doniósł na mnie do telewizji. Stwierdził, że opowiadam bzdury o jego płycie.

Sporo uwagi w swojej książce poświęca pan Kazikowi. Bardzo burzliwa ta wasza przyjaźń.

Nie nazwałbym tego przyjaźnią, ponieważ staram się nie nadużywać tego słowa. Jesteśmy kolegami, lubimy się, raz bardziej raz mniej, ale przede wszystkim bardzo się cenimy. Przynajmniej ja cenię go bardzo jako wykonawcę. Natomiast Kazik ma tę przypadłość, że z wielką łatwością przyszywa innym łatki, czego najlepszym dowodem jest jego ostatnia książka, w której szerokim gestem krytykuje kolegów z branży. Pomyślałem więc, że ja również odniosę się do jego uszczypliwości.

Żartuje pan w książce, że na waszych relacjach zaważył pewien konkurs, w którym nagrodą była para oryginalnych dżinsów

Ja bym o tej sytuacji w ogóle nie pamiętał, gdyby nie to, że Kazik opisał ją po latach w zbiorze swoich felietonów. On od dawna wymierza mi pstryczki, choć muszę przyznać, że celne, bo to bardzo inteligentny i bystry chłopak. W jednym tekście opisał sytuację z koncertu zespołu Madness, który odbył się w hotelu Victoria za czasów rządów Jaruzelskiego. Kazik kupił bilety na to wydarzenie dla kilku osób. W trakcie koncertu odbył się konkurs, w którym losowano numery miejsc. Okazało się, że mój los wygrał, a siedziałem obok niego. To ja zgarnąłem nagrodę w postaci oryginalnej płyty zespołu Madness z autografami oraz pary dżinsów. Bardzo musiało go to gryźć, ponieważ napisał o tej sytuacji 20 lat później w jednym z felietonów (śmiech)

W książce nie szczędzi pan gorzkich słów Zbigniewowi Hołdysowi. Dlaczego?

Ja tylko przytoczyłem fakty. Opisałem donos, jaki na mnie złożył oraz bardzo nieciekawą sytuację przejęcia pisma „Non Stop”. On kreuje się na autorytet i moralizatora, ale sam taki nie jest. W książce nie opisałem najbardziej obłudnej z sytuacji, kiedy Hołdys nagrał solową płytę zaczynającą się do słów „jeżeli kupiłeś piracką kopię, jesteś złodziejem”. O dziwo, po dwóch, czy trzech tygodniach, do siedziby prowadzonej przez niego gazety „Ultra Szmata” wkroczyła policja i okazało się, że wszystkie programy komputerowe, na których pracuje, są pirackie. To jest właśnie przykład obłudy i podwójnej moralności Zbigniewa Hołdysa. Moim zdaniem, on jest z krwi i kości politykiem. Nadaje się do tego świetnie.

Kto nazwał pana Gryzmołem Bzdurowiczem?

Autorem tego słodkiego określenia był Czesław Niemen, a wszystko wiązało się z historią projektu płyty Bregovica. Bardzo zależało nam na tym, żeby to pan Czesław na tej płycie zaśpiewał, tym bardziej, że w końcowej fazie swojej kariery częściej stawiał na elektroniczne dźwięki, niż swój niesamowity głos. Według mnie zaś był najwybitniejszym polskim wokalistą, dlatego bardzo chcieliśmy by zaangażował się w ten projekt. Niemen był otwarty na tę współpracę, miał jednak zupełnie inny styl życia i pracy niż Goran Bregović, który chciał mieć tę płytę nagraną już za 3 miesiące. Z perspektywy czasu oczywistym jest, że do realizacji tego projektu nigdy by nie doszło, ale żeby to zrozumieć, trzeba było poznać sposób funkcjonowania pana Czesława. Po trzech latach od tego wydarzenia, Niemen wydał swoją solową płytę, która była straszna. W „Machinie”, w której byłem odpowiedzialny za dział recenzji płytowych, ukazała się bardzo krytyczna recenzja tego albumu. Panu Czesławowi powiedziano, że ja byłem jej autorem i on pomyślał, że to z mojej strony zemsta za tamten nieudany projekt z Brgovicem. Zrewanżował się więc felietonem, którego byłem negatywnym bohaterem i w którym rozwinął moje inicjały na Gryzmoła Bzdurowicza. Bardzo mi się to spodobało, choć to nie ja napisałem tę recenzje pod pseudonimem.

Pisze pan też o niełatwych relacjach z Wojciechem Cejrowskim, kiedy wspólnie pracowaliście w Radiu Kolor.

Przyjaźnienie się z Wojtkiem jest bardzo łatwe, ponieważ to jest wspaniały kompan. Do czasu jednak, gdy nie ma żadnych wspólnych interesów. Myśmy się poznali w Radiu Kolor, a po raz drugi spotkaliśmy się i polubiliśmy 10 lat później w 2005 roku. Ja wówczas pracowałem w piśmie Janusza Palikota „Ozon”. Dostałem delegację do Serbii na festiwal orkiestr dętych i zaprosiłem Wojtka, żeby robił tam zdjęcia. Od tego momentu zaczęliśmy się przyjaźnić. Po jakimś czasie on zaoferował mi pracę producenta jego programów telewizyjnych. Udało mi się wytrwać na tym stanowisku pół roku, po czym współpraca zakończyła się karczemną awanturą. Cejrowski jako pracodawca jest bowiem kompletnie inną osobą, niż jako kolega. Niesamowite jest w nim połączenie ultrakatola z ulatraliberałem gospodarczym. Po roku od zakończenia tej współpracy padła propozycja od Wydawnictwa Czerwone i Czarne, żebym napisał jego biografię. Kiedy do niego zadzwoniłem, powiedział, że jeżeli ja tego nie napiszę, to zrobi to ktoś inny, więc ostatecznie dał mi swoje błogosławieństwo. Pracowaliśmy nad tym projektem kilka miesięcy. Gdy książka została już napisana, opatrzona jego szatą graficzną i zdjęciami, on zażądał, by biografię odkupiło wydawnictwo Zysk i S-ka. Czerwone i Czarne sprzedało ją więc za bardzo duże pieniądze, a kiedy książka została wydana przez wybrane przez niego wydawnictwo, Cejrowski ją opluł i apelował do fanów, by jej nie kupowali. Załamałem ręce, bo to mogło się sprzedać w gigantycznym nakładzie, ale przez jego zagrywkę sprzedało się tylko dobrze.

Pisze pan w swojej książce, że muzyka jest dziś mniej ważna, niż kiedyś. Skąd taka opinia?

Tak uważam, ponieważ zmieniła się rola muzyki. W Polsce muzyka była zarówno buntem przeciwko władzy, jak i przeciwko starszym pokoleniom. To była jedna z najważniejszych rzeczy dla całego pokolenia, myśmy się definiowali przez tę muzykę. Duże znaczenie miały subkultury, to jak wyglądaliśmy. Ubieraliśmy się tak, jak nasi idole. W tej chwili, jak spojrzymy na ulicę, wszyscy młodzi ludzie wyglądają jak korporacyjne dzieci. Nie ma w ich wyglądzie jakiegokolwiek buntu, a muzyka jest dla nich jedną z rozrywek, absolutnie zaś nie definiuje ich życia.

Być może młodzi ludzie nie mają się dziś przeciwko czemu buntować?

To prawda, nie buntują się, bo nie mają przeciwko czemu. Oni chcą zarabiać. Jakieś 10 lat temu w Ameryce zbadano, że obecnie buntują się ludzie 40-letni, którzy przeżyli życie korporacyjne. To w nich jest bunt, a nie w młodych ludziach.

Napisał pan, że kiedyś młodzież jeździła na festiwal w Jarocinie przede wszystkim dla muzyki, dziś zaś jeździ na takie imprezy głównie po to, żeby się lansować.

W dużej mierze tak jest. To wynika właśnie z tego, że kiedyś muzyka była najistotniejsza, a dziś, choć wciąż ma znaczenie, ludzie lubią jej słuchać, to nie jest już tak ważna. Bycie we wspólnocie jest dla młodzieży ważniejsze, niż szaleństwo pod sceną. Dlatego na festiwale przyjeżdżają tłumy, a na pojedyncze koncerty ciężko jest sprzedać wszystkie bilety. Przykładem jest Przystanek Woodstock Jurka Owsiaka, na który przyjeżdża pół miliona ludzi, bez względu na to, kto tam gra.

Wróćmy do muzycznych buntowników. Czy wszystkie rockowe zespoły z Polski, które zaczynały grać w latach 70 i 80 były buntownikami?

W latach 80 był bum rockowy, który ogarnął całą Polskę. Władzy to pasowało, wiele zespołów zyskało popularność. Wokół nich pojawili się zawodowi tekściarze, bo zauważmy, że zarówno dla Lady Pank, Perfectu, jak i Lombardu piosenki pisali zawodowi, starsi od nich tekściarze. Nie byli to więc żadni buntownicy, to była estrada puszczana w radiu i telewizji. Budowały się gigantyczne kariery, które jednak nie przekładały się na gigantyczne pieniądze. Natomiast oni nie byli buntownikami. Do grona buntowników urósł zespół Mannam ale tylko przez to, że nie zagrał dla radzieckich działaczy partyjnych, a nie dlatego, że miał jakieś szalenie buntownicze teksty. Generalnie w muzyce, nawet tej podziemnej, nie było atmosfery walki, budowania klimatu, że my jesteśmy opozycjoniści i chcemy obalić władzę. Były teksty przeciwko systemowi, czyli wszystkim, którzy zniewalają.

Jak rockmani zareagowali na upadek komuny?

Na chwilę ich zatkało, bo okazało się, że nie ma namacalnego wroga, więc nie było o czym śpiewać piosenek. Dopiero w połowie lat 90. zaczęła się druga fala, która znalazła nowego wroga. Wszystkie kapele podziemne, gdy zaczęły się nowe czasy, były antykościelne. To była błyskawiczna reakcja na wkroczenie czarnego, bo rock walczył o wolność i własne światy.

Kościół był jedynym wrogiem, przeciwko któremu śpiewali swoje teksty?

Kościół i Wałęsa to byli główni wrogowie. Nienawiść do Wałęsy była bardzo silna, ale wynikała poniekąd ze strachu przed Kościołem, ponieważ były prezydent kreował się na bardzo zapatrzonego w tę instytucję. Później doszło jeszcze disco polo. Przez chwilę nie podobali im się byli komuniści, którzy ponownie doszli do władzy, ale później niektórzy, jak zespół Closterkeller czy Róże Europu nieco się z nimi zbratali.

Porusza pan problem orderów przyznawanych muzykom przez władze. Czy rockmani powinni przyjmować takie odznaczenia?

Łatwo się buntować, kiedy jest się młodym, a jak masz więcej lat i twoja kariera przestaje się rozwijać myślisz o tym, żeby stać się mentorem. Chcesz apanaży, niekoniecznie finansowych, ale także w postaci orderów. Mnie się jednak wydaje, że są pewne zawody, które nie powinny brać od władzy takich błyskotek. Do tych zawodów należą muzycy rockowi, którzy się buntowali. Irena Santor, czy Edyta Górniak to inna sprawa, one mogą przyjmować takie wyróżnienia na potęgę. Muzyczni buntownicy, a także dziennikarze, nie powinni jednak wyciągać po nie ręki.

Czy rockman może być wiarygodny jako polityk?

Tak samo wiarygodny, jak każdy inny. Dlaczego stolarz może być politykiem i nikogo to nie dziwi, ale rockman w tej roli wzbudza sensację?

Może dlatego właśnie, że ten rockman w przeszłości przeciwko politykom się buntował?

Ale z czasem dojrzał do tego, że chce coś zmieniać. W przypadku Kukiza jestem przekonany, że on wierzy w słuszność swoich politycznych działań. Głosi swoje hasła, jest wyrazisty, chce coś zmienić.
Co innego jest drzeć mordę, jak się ma 20 czy 30 lat, a inaczej chce się wyrażać siebie, gdy się ma lat 55. Zarówno ze strony Kukiza, jak i Liroya, bo obu znam osobiście, ta działalność polityczna jest szczera. Możemy oceniać, czy dobra, czy zła, ale są to jedni z bardziej prawdziwych ludzi w tym Sejmie.

Głosował pan na nich?

Tak, głosowałem na Kukiza, to był mój pierwszy oddany głos od kilkunastu lat. Wcześniej w ogóle nie chodziłem na wybory.

Kukiz i Liroy chcą coś zmieniać, a jak ocenia pan rockmanów, którzy angażują się w popieranie różnych polityków?

Coś sobie w ten sposób załatwiają. Dla mnie to jest śmieszne. Przykładem jest Tomasz Lipiński, który popierał PO, a teraz na nich pluje. Muzyk nie powinien w ten sposób angażować się w politykę, bo przeważnie staje się ofiarą manipulacji.

Książka Grzegorza Brzozowicza "Resortowe dziecko rock'n'rolla" ukazała się nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.