WOJTEK PRZYLIPIAK:I'm pretty much on the edge/ I found myself sick/ with no cure…blood on my hands...” słychać w otwierającym płytę, tytułowym “Dead”. W kolejnym “The Kill” Daisy śpiewasz m.in. “I've planned a death/ it has something to do with precision”. Mówiąc delikatnie, nie zapowiada to wesołego materiału. Słowo klucz z tytułu waszej trzeciej płyty odnosicie bezpośrednio do sytuacji zespołu (tutaj zacząłbym się o was martwić) czy do tego co widać na ulicach, co oznacza, że trzeba szukać w „Dead” szerszego kontekstu?

Daisy K: Dla mnie ma wielopoziomowe znaczenie. Na początku w ogóle tytuł miał brzmieć „Dead inside”, co bardziej odpowiadało osobistemu traktowaniu pomysłu na nasz nowy album. Przetłumaczenie tego na martwotę wewnętrzną może już coś wyjaśnić. Ale zostaliśmy przy samym „Dead”, bo chodziło też o zaznaczenie pewnego granicznego stanu. Dla nas, trzeci album, jest takim granicznym materiałem, końcem pewnego etapu i początkiem nowego. Odnosimy się do tego, co wypracowaliśmy przez kilka lat współpracy, ale też chcemy otworzyć nowy rozdział. Wydaje mi się, że trzeci album dla artysty to trochę taki wóz albo przewóz. Takie zresztą było dla mnie ostatnich kilka lat. Generalnie dynamicznych i raczej niewesołych. Właśnie granicznych. „Dead” jest tego podsumowaniem.

Grzegorz Szyma: „Dead” stało się trochę takim credo, jak przy debiucie „Electrocution” określenie „Black Flag”. Dla mnie ten tytuł i samo słowo jest takim strzałem w pysk, po którym niekoniecznie musimy coś dopowiadać, każdy może sobie coś dopisać. Jest też łatwe do zapamiętania i sprawdza się graficznie, co dla mnie jako projektanta okładki nie było bez znaczenia.

Musiol: Bardzo mocne, osobiste teksty Daisy K niespecjalnie przekładają się na moje doświadczenia. Ale cały koncept płyty, idea nowych narodzin i jednocześnie śmierci, odcięcia, podkreślona mocną okładką z dwoma nożami, jest mi bliska, odnosi się do szerszej sytuacji, w jakiej znaleźli się wszyscy. Można powiedzieć, że teraz coś umiera, jest niszczone, rzeczywistość się zmienia. Nowe nie idzie w dobrą stronę, ale nawet najgorsza zmiana ma jakieś plusy.

Trochę nawiązujecie na „Dead” do waszego wcześniejszego projektu, muzyczno-wizualnego Rh+, w którym nie brakowało improwizacji. Przykładem może być ostatni, najdłuższy numer na płycie „Forest”, najmniej piosenkowy i z melodeklamacją.

Musiol: Faktycznie „Forest” jest w dużej mierze wynikiem improwizacji, zarówno muzycznej, jak i wokalnej. W Rh+ improwizacja było główną metodą tworzenia, naszą partyturą były projekcje wideo, a inspiracjami - dźwięki różnych przedmiotów, narzędzi, radia, odgłosy miasta.

Szyma: Ten numer faktycznie odstaje trochę od reszty, ale to nie jest nic nowego, że pierwsze czy ostatnie piosenki na naszych płytach są osadzone w trochę innym świecie. Tak było z „Black Flag” na „Electrocution” czy z „Raven” na „Weekend in Paradise”. Staramy się napisać utwór otwarcia, rozwinąć temat płyty i ją zamknąć. Zbudować klimat trochę jak podczas przedstawienia. I odstające lekko stylistycznie „Forest” jest taką kodą zamykającą dla „Dead”. Bardziej słuchowiskiem niż naszą „klasyczną” piosenką.

Bawicie się tu samplami, co też jest od lat charakterystyczne dla Das Moon, a wcześniej Rh+.

Szyma: Lubimy je, poza tym łatwo się z nich dzisiaj korzysta. Mam jednak wrażenie, że aktualnie nie są jakoś specjalnie popularne. Nie widzę takiego trendu. Chociaż może za mało słucham muzyki, ale nie widzę trendu field recordingu i wykorzystywania tego. Oczywiście jest spora grupa artystów, która się tym bawi, ale w mniej piosenkowy sposób, łącząc to na przykład z ambientem. Na „Dead” używaliśmy sampli głównie do budowania tła: coś przejeżdża z tyłu, pada deszcz. Te dźwięki dopełniają atmosferę. Tak jak upiorny kot na finał kawałka „Dead”. Jest tam też chór, który również pochodzi z biblioteki sampli.

Trio to dla was optymalny skład, dotarliście się już? Wcześniej byliście przecież kwartetem, a przez chwilę kwintetem. Za dużo było osób, żeby się w studio dogadać?

Szyma: Obecny skład traktuję trochę jak stare dobre małżeństwo, wydaje się więc optymalny. Na pewno przez lata dotarliśmy się na tyle, żeby nie wchodzić na pewne konfliktowe terytoria. Jest nam łatwiej.

Musiol: Muzycznie nie dochodzi ostatnio do sporów. Jest to trochę podejrzane...

Szyma: Momentami spieramy się w kwestiach organizacyjnych: jak ma wyglądać trasa koncertowa, wizualizacje. Muzycznie niespecjalnie. Zresztą od początku jakoś naturalnie zgodnie działamy w muzycznym kierunku.

Musiol: Uzupełniamy się i to na pewno pomaga. Grzegorz jest zawodowym artystą i ma umiejętność planowania i kończenia projektów, co ja sobie bardzo cenię. Do celu prowadzi go najkrótsza droga. Dla mnie istotna jest inna metodologia. Lubię się otworzyć na pewne niewiadome, poszukiwać. Teraz lepiej wiemy kiedy trzeba schować własne ego i współpracować.

Szyma: W którymś momencie nawet najbardziej rozwaloną piosenkę trzeba logicznie ułożyć w całość.

Musiol: Przy „Dead” było też łatwiej, bo od kilku miesięcy mamy doskonały duet menedżerski. Zdjęli z naszych barków masę problemów organizacyjnych, pomagają planować, wspierają nas, ale i pilnują…

Pomaga wam czy raczej rozprasza, że poza Das Moon udzielacie się także w innych projektach?

Musiol: Moim zdaniem co do zasady bardzo pomaga, bo tam możemy wypalić nasze artystyczne ego, przekazać energię i zyskać kolejne doświadczenia.

Daisy: Na początku nie było to takie proste, bo jak ktoś zakłada zespół albo, jak w naszym przypadku przepoczwarza się, to każdy ma swoją wizję.

Musiol: Na początku niewątpliwie był chaos...

Daisy: Musisz sobie uświadomić, że są trzy różne podmioty, które muszą znaleźć wspólne miejsce.

A propos początków. Na „Dead” słychać saksofon, na którym gra Tomasz Świtalski, muzyk m.in. Kryzysu i Brygady Kryzys. To on was połączył prawie 10 lat temu?

Daisy: Tak, poznałam go, kiedy zaczęłam chodzić na wieczorki poetyckie do Staromiejskiego Domu Kultury. Tomek od lat jest tam znakomitym animatorem, łączącym poezję z muzyką i sztuka wizualną. On mnie zachęcił do pisania, pokazał że może być wartościowe, a nie jakieś pitu-pitu do szuflady. Podczas prezentacji mojej pierwszej książki „Frajerom śmierć i inne historie” stwierdziłam, że nie chce mi się jej zwyczajnie czytać. Fajnie byłoby dołożyć jakieś dźwięki. Wtedy Tomek poznał mnie z Szymą, który te dźwięki kreował.

Szyma: Ja z kolei Tomka poznałem dużo wcześniej. Pamiętam go jeszcze jako konferansjera słynnego warszawskiego festiwalu z lat 80 Rób Rege, który odbywał się w cyrkowym namiocie na Towarowej.

Musiol: To trochę nasze podziękowanie dla niego i całej sceny muzycznej alternatywy, wychowaliśmy się na jego muzyce. Nadal robi świetne rzeczy, uczestniczy w wielu projektach, jest czujnym i świadomym artystą.

Szyma: Mnie to bardzo rajcowało, że na naszej płycie pojawią się dźwięki nieoczywiste. Chciałem zaburzyć ten często zamknięty elektroniczny światek. W elektronice inne instrumenty, niż powiedzmy gitara, są rzadko wykorzystywane, a szkoda.

„Każda piosenka opowiada o sytuacji, która zdarzyła się w moim życiu naprawdę, o czymś, co widziałam albo co mnie zabolało” – Daisy mówiłaś przy debiucie. To się nie zmieniło?

Daisy: Nie, nawet pogłębiło. To na pewno najbardziej szczera płyta, nigdy tak mocno się nie otworzyłam. Czułam jakbym wyrwała kręgosłup i położyła go na stół. Nie stawiałam sobie żadnych granic, zresztą muzycznie też. Mam wrażenie, że przy poprzednich albumach dopowiadaliśmy sobie, żeby grać, czy w moim przypadku śpiewać, szybciej, energiczniej. Tu nam trochę to ciśnienie spadło i wyszło chyba na dobre. A ponieważ przez ostatnie lata słuchałam najróżniejszej muzyki, także sporo alternatywnego popu, to pewnie też przełożyło się na moje śpiewanie. Przestałam myśleć „o boże to musi być alternatywne, mniej popowe”, wyzbyłam się tego. Teraz mam to w dupie, śpiewam to co mi się podoba, nawet jak jest to pop.

Szyma: Piosenkowe, niemal popowe rzeczy zdarzały się już nam wcześniej, chociażby „I Like It” z debiutu, ale na pewno nowe kompozycje wymusiły na Daisy inne śpiewanie.

Musiol: Od pierwszej płyty Daisy zmieniła się jako człowiek i jako kobieta. Na "Dead" ma inną barwę głosu, śpiewa wyżej, jest emocjonalna. Mam wrażenie, że nigdy jej głos nie był tak wzruszający, jak np. w utworze „Rain”. Ważne było tym razem, że kilka numerów przygotowywanych na nowy album graliśmy wielokrotnie na żywo przed wejściem do studia. Doświadczenia koncertowe na pewno naznaczyły te nagrania. Materiał zrobił się dojrzalszy.

Daisy, piszesz teksty do różnych swoich projektów, do tego wiersze. Na co sobie pozwalasz w tekstach piosenek, a co omijasz w poezji, rozgraniczasz jakoś te pisarskie rejony?

Daisy: To się nie pokrywa, wiersze i teksy piszę oddzielnie. Co prawda wiersz może być piosenką, ale nie odwrotnie, przynajmniej dla mnie. Czasami muzyka, której na przykład w danym czasie dużo słucham przekształca mi wiersz, zmienia jego melodykę, ale on i tak nie stanie się piosenką. Utwory do każdego muzycznego projektu, czy jest to punkrockowe We Hate Roses, czy nowy zimno-folkowo-metalowy projekt Kruk czy wreszcie Das Moon wyrywają inne części mnie. W Das Moon znajduję ujście dla spokojnej, kobiecej, bardziej romantycznej części, chociaż raczej smutnej w tym romantyźmie,. Tutaj czuję się emocjonalnie najbardziej opanowana, dojrzała, choć w tekstach może nie wszyscy to dostrzegą (śmiech). W We Hate Roses jestem z kolei wkurzoną dziewczyną. Oczywiście te odsłony mojej osobowości mają mikro rzeczy łączące się, ale każdy pozwala mi wygenerować emocje w różny sposób. Jedno ujście to dla mnie za mało. Chyba jestem zbyt skomplikowana, żeby wypluć się w jednym, wąskim spektrum. Może to jest rodzaj schizofrenii…
Od lat ważnym elementem waszego wizerunku są doskonałe klipy. Jak będzie wyglądała wizualna odsłona "Dead"?

Musiol: Fakt, teledyski i wizualizacje są ważną częścią naszej kreacji artystycznej. Przy "Dead" postanowiliśmy trochę zaryzykować, poszukać nowych twórców i form teledyskowych, otworzyć się na inne postaci realizujące klipy. Jedną z nich jest Ewa Solonia, która wyreżyserowała "Gone" - pierwszy teledysk, promujący nową płytę ze świetnymi zdjęciami fotografki Kariny Wojciechowskiej. Z ciekawostek, rozmawialiśmy ostatnio z reżyserem, który ma na koncie wiele udanych klipów. Po zapoznaniu się z materiałem na „Dead” powiedział że strasznie „jara” się tym co robimy. Przy wizualizacjach koncertowych oraz oświetleniu też pracujemy teraz z nowymi osobami. Ciekawe jest to wciąganie do naszego świata innych osób i obserwowanie do czego, do jakiej kreacji to prowadzi. Zdradzę też, że mamy już pierwszy świetny remiks jednego z utworów z albumu „Dead” autorstwa C.H. District. Zaprezentujemy go po premierze albumu... Mamy więc nadzieję, że „Dead” to będzie nowy początek, nie tylko dla nas.

Premiera płyty "Dead" 8 kwietnia 2017.

Koncert przedpremierowy Das Moon zagra w warszawskim klubie Dzik 17 marca. 1 kwietnia nowy materiał będzie można usłyszeć na Bałtyku, na statku Stena Line w czasie rejsu Zlotu Fanów Zespołu Depeche Mode.

Start regularnej trasy 8 kwietnia w warszawskim klubie Pies Czy Suka.
Więcej info na dasmoon.pl.