Kwintet z Oksfordu miał oczywiście chwile lepsze i gorsze, a raczej bardziej i mniej przystępne. Zawsze jednak działali na swoich zasadach, nie bez powodu zyskując przydomek "Beatlesi XXI wieku".

Radiohead przyzwyczaili fanów, że do promocji i rozpowszechniania swoich nowych płyt podchodzą niekonwencjonalnie. Płyty "Kid A" nie promowały single i wideoklipy, ale kilkudziesięciosekundowe zajawki wizualne, "In Rainbows" można było ściągnąć za sumę, którą samemu uznało się za stosowną, a krążek "The King Of Limbs" reklamowała specjalnie przygotowana pod niego gazeta "The Universal Sigh". Przy "A Moon Shaped Pool" fani przeżyli chwile grozy.

Kilka tygodni temu zespół zaczął wykasowywać swoją obecność w sieci. Facebook, Twitter i oficjalna strona zostały wyczyszczone. Tym ruchem, na pozór samobójczym, Radiohead po raz kolejny pokazał, że potrafi działać arcyniekonwencjonalnie. Zapisani w ich bazie fani dostali specjalną kartkę pocztową z grafiką i słowami piosenki "Burn the Witch". Jak się szybko okazało, pierwszego singla z "A Moon Shaped Pool". Doskonały animowany, poklatkowy klip do tego numeru zrealizował współpracujący wcześniej z zespołem Chris Hopewell. Fabuła nawiązuje do angielskiego horroru "Kult" z lat 70., ale recenzenci szybko odnaleźli w nim nawiązania do trudnej sytuacji współczesnego świata (m.in. kryzysu emigracyjnego).

Sama piosenka nie jest tak naprawdę nowym nagraniem Radiohead. Przymierzali się do niej już przy pracy nad "Kid A" w 2000 roku. Później kilkukrotnie Thom Yorke wspominał o niej na koncertach. Nigdy jednak nie udało im się doprowadzić jej do finału, aż do "A Moon Shaped Pool". Zresztą dawno temu powstał też wieńczący album "True Love Waits", który Brytyjczycy grali w innej, akustycznej wersji już 20 lat temu.

Singiel "Burn the Witch" nie jest zaskoczeniem w twórczości Radiohead. Orkiestrowy pop, zawodzący Thom Yorke i niespecjalnie wesoły tekst. To żadna nowość w przypadku tej kapeli. Tak jak kolejny singiel "Daydreaming", też ze świetnym klipem, tym razem autorstwa Paula Thomasa Andersona ("Magnolia", "Aż poleje się krew"). Ambientowy charakter i pianino w roli głównej też nie zaskakują. Oba numery charakteryzuje wyciszający, minimalistyczny klimat, nawet jeżeli słyszymy orkiestrę. Jest to zresztą London Contemporary Orchestra and Choir, z którą współpracuje gitarzysta grupy Johnny Greenwood. Duże wykorzystanie smyczków i orkiestrowych smaczków to w dużej mierze efekt zachwytu w ostatnich latach muzyką poważną (w tym współpracą z Krzysztofem Pendereckim) właśnie Greenwooda.

Są na płycie również momenty energiczne, co prawda nie w stylu ich przeboju sprzed lat "Creep", ale motoryczny i hipnotyczny "Ful Stop" czy "Identikit" z elektroniką i solówką Greenwooda pozostają w pamięci. Tak jak kilka innych piosenek, ale album trzeba przede wszystkim odbierać jako całość, chociażby jak jedną z ich najważniejszych płyt, wspomnianą już "Kid A".

"A Moon Shaped Pool" ma filmowy klimat, przenosi nas w melancholijny, oniryczny świat. Bez awangardowych zapędów, przesytu, ckliwości. Radiohead nagrali wymykający się gatunkowym ramom i wymagający skupienia album, którym pokazują, że grają w innej lidze. Tak jak niegdyś The Beatles. Obie kapele mają fanów wśród miłośników różnych gatunków muzycznych. Prawdopodobnie nie usłyszycie od nikogo, że słuchanie jednych albo drugich to obciach.

Obie kapele nie bały się poszukiwać, eksperymentować, także w studiu, a przy okazji trafiały na szczyty list przebojów. Beatlesi nie bali się psychodelii, zapętlali taśmy z wokalami. Radiohead mają za sobą granie gitarowe, eksperymenty z samplami, elektroniką. Dziś eksperymentów jest mniej. Thom Yorke nie wygląda jak idol młodzieży, Greenwood nie gra ostrych gitarowych riffów, a Radiohead nie ściga się z rockowymi kapelami na single. Niezmienne są za to charyzma, siła ich kompozycji i przejmujący głos Yorke'a.

Radiohead | A Moon Shaped Pool | XL/Sonic