Jakie znaczenie dla muzyki miał jego zeszłoroczny comeback? Teoretycznie żadnego - przecież złoty okres trip-hopu dawno mamy za sobą, nawet powracająca w tym samym czasie grupa Portishead odcięła się od tego terminu, natomiast dla Brytyjczyków o wiele ważniejszymi raperami są od lat m.in. Roots Manuva, The Streets i Dizzee Rascal. W związku z tym pierwszy album Tricky’ego w barwach Domino Records stał się ważnym wydarzeniem medialnym głównie ze względów czysto sentymentalnych. Zarówno artysta, jak i recenzenci podkreślali, że jest to jego najlepsze wydawnictwo od czasów debiutu. Dla Tricky’ego oznacza to szansę na nowe rozdanie, której nie zamierza zmarnować.

Jego muzyczne korzenie doskonale przypomina wznowiony właśnie legendarny debiutancki album, który nadal brzmi niebywale świeżo. Neurotyczna maniera Tricky’ego, mamrotane słowa w zmysłowych duetach z Martiną Topley-Bird, spowolnione hiphopowe rytmy i niechlujnie skrojone sample tworzą niepowtarzalny klimat współczesnego, klaustrofobicznego bluesa. Nawet najnowsze produkcje Kode9 & The Spaceape nie niosą ze sobą takiego ładunku emocjonalnego, jak klasyki pokroju "Overcome" czy "Hell is Round the Corner".


W końcu w połowie lat 90. w warunkach grunge’owej żałoby po Kurcie Cobainie po jednej stronie oceanu i oczekiwania na britpopową rewolucję po drugiej udało mu się stworzyć dzieło niezwykle osobiste w warstwie tekstowej (tytuł pochodził od imienia i nazwiska jego matki), a muzycznie odwołujące się do spuścizny muzyki czarnej (Public Enemy, Isaac Hayes, Marvin Gaye). Więcej miało ono wspólnego z ówczesnymi sukcesami autorskiej twórczości PJ Harvey i Bjork niż rosnącej popularności jego kolegów z Massive Attack. Nic dziwnego, że obydwie artystki w kolejnych latach gościnnie pojawiły się na jego płytach, a pochwały na jego cześć pisał sam David Bowie. Jednocześnie jednak na własne życzenie wybrał pozycję outsidera, który nie przystawał ani do realiów brytyjskiego, ani amerykańskiego rynku – nie potrafił też odnaleźć się w roli gwiazdy.

Czternaście lat później Tricky już nie zamierza dać się tak łatwo zmarginalizować. Jego album "Knowle West Boy" pokazał odświeżone oblicze 40-latka z Bristolu, który po latach wygnania w Stanach, coraz gorszych albumach i przypadkowych kolaboracjach wyszedł z narkotykowego nałogu, uporządkował sobie życie i powrócił wspomnieniami do czasów dzieciństwa. Jego muzyka stała się bardziej komunikatywna, przystępna, ale nie zatraciła autorskiego charakteru, który znów trudno jednoznacznie skategoryzować. Jeśli młodsi słuchacze przegapili ten album i nie mają pojęcia, kim jest Tricky, to mają okazję nadrobić zaległości.


Na "Tricky Meets South Rakkas Crew" jego nowe utwory z pomocą producentów dancehallowych, którzy współpracowali m.in. z Benniem Manem, Bounty Kiler, M.I.A., Beckiem, a nawet Justinem Timberlakiem i Britney Spears, nabrały aktualnych brzmień klubowych. "Bacative" w stylu ragga zyskało dynamikę i bogatsze aranżacje, podobnie przebojowe "C’Mon Baby" napędzane gęstym rytmem baile funk oraz "Coalition" z cytatem "Revolution Won’t Be Televised" Gila Scotta-Herona i rasowym basslinem. Nie zabrakło też lżejszej wersji utworu "Joseph" czy "Numb" naznaczonej wpływami lat 80. Ale czy to dowód na wszechstronną dyspozycję Tricky’ego, czy raczej ostatnia deska ratunku dla niego?

W pewnym sensie jest to dla niego naturalny kierunek, w końcu płynie w nim jamajska krew oraz zawsze interesowały go nowe kierunki w muzyce elektronicznej. Jednak jego atutem było zawsze to, że szedł po prąd i dbał o oryginalny styl, a nie zdawał się na pomoc innych. Widocznie tym razem nie chce polec w starciu z młodszymi producentami dubstepowymi i raperami ze sceny grime, którzy też przecież tworzą teraz miejski blues XXI wieku.