Oczywiście. Tym razem jeszcze bardziej zależeliśmy od maszyn, które dziś należy chyba już traktować jak gitary. To takie same instrumenty. A „Machine Dreams” to dość prosta gra słów. Chodzi po prostu o maszyny, dzięki którym możemy spełniać swoje marzenia. W naszym przypadku chodzi o robienie muzyki i sprawianie, że ludzie na chwilę będą mieli możliwość przeniesienia się gdzieś indziej.
Cóż – zerknij za okno. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Goteborgu mamy zwały śniegu i nie za bardzo chce mi się konfrontować z rzeczywistością (śmiech).
Szczerze mówiąc nie za bardzo się na tym znam. O wiele bardziej interesuje to moich kolegów z zespołu. Cały czas gadają o jakichś starych syntezatorach, których symbole mi się mieszają. Ja skupiam się na śpiewaniu.
Cóż – często nie ma to nic wspólnego z tym romantycznym, hippisowskim mitem kapeli grającej koncerty i czerpiącej z życia całymi garściami. To naprawdę ciężka harówa. Kiedy graliśmy trasę po USA, wszędzie jeździliśmy własnym vanem. Kończysz koncert o trzeciej nad ranem, a o szóstej trzeba wstać, żeby dojechać na kolejny. Telepiesz się więc półprzytomna z trzema kolesiami i zastanawiasz się, co robisz na tych bezdrożach.
No tak, bo jednak znamy się z chłopakami kilkanaście lat i przywykliśmy do swoich dziwactw i czujemy się ze sobą dobrze. Poza tym ja od małego żyję właściwie na walizkach. Mój ojciec jest Amerykaninem a matka Japonką – miałam cztery lata kiedy się rozwiedli i od tamtego czasu lawiruję pomiędzy USA, Japonią i Szwecją. Podróżowanie to mój naturalny stan.
Nic szczególnego oprócz tego, że to fenomenalny zespół. Najbardziej w pamięci zapadły mi koncerty, które graliśmy na południu Stanów. Ta kultura jest tak inna od tego, co ludzie znają z Nowego Jorku albo LA.
Prawda jest taka, że naszą popularność w Ameryce zawdzięczamy rozgłośniom radiowym. Mieliśmy sporo szczęścia – dwa lata temu jakiś DJ z radia Kiss FM trafił przypadkiem na nasz debiut i stacja zaczęła grać piosenki z „Little Dragon”. Potem kolejni DJ-e zaczęli się interesować naszą muzyką i tak to się rozprzestrzeniło. Bardzo pomogła nam stacja KCRW, która grała naszą muzykę najczęściej. Nie mieliśmy żadnego wsparcia ze strony wytwórni czy prasy, a mimo to na nasze koncerty przychodziły komplety publiczności.
Nie upatrywałabym naszej popularności w zmęczeniu publiki powrotem do starego soulu. Mnie to akurat cieszy – wolę, jak ludzie szukają ukojenia w soulu niż we współczesnym popie, choć prawdą jest też, że wiele tego „nowego-starego” soulu jest udawana. Więcej tam stylizacji niż prawdziwych emocji. Nie wspominając o dzisiejszym r'n'b – ileż można słuchać o miłości i zdradzie?! Muzyka soulowa to dla mnie synonim szczerości – nagie uczucia. Tak właśnie staram sie śpiewać, więc może dlatego dziennikarze wrzucają nas do szufladki z neo-soulem?
Nigdy się nie wypierałam mojej fascynacji, tak samo jak nie kryłam swojego uwielbienia dla Depeche Mode. Uwielbiam twórczość Prince'a, ale raczej tę starszą z lat 80. i początku lat 90.z numerem „Sexy M.F” na czele.
Nie są zbyt oryginalni i lubią klasyków – oczywiście Kraftwerk. Ostatnio też klawiszowiec zasłuchany jest mocno we wczesną twórczość Vangelisa.
p