"Soldier of Love"
Sade
Wyd. Sony 2010



Aż trudno uwierzyć, że jej staż w muzyce popularnej może być porównywalny do Madonny czy Whitney Houston. W końcu przez blisko 25 lat kariery nagrała zaledwie sześć albumów, a swój najlepszy okres zaliczyła mniej więcej na przełomie lat 80. i 90. dzięki takim przebojom, jak m.in. Smooth Operator i The Sweetest Taboo. Nie stała się jednak na tyle wyrazistą postacią w popkulturze, żeby ktokolwiek próbował ją w tym czasie zastąpić, i nie wpłynęła jakoś znacząco na rozwój muzyki. Za to wychowała sobie grono dziś już dorosłych słuchaczy, którzy głównie z sentymentu sięgnęli w 2000 roku po album Lovers Rock i teraz też będą chcieli się powzruszać przy Soldier of Love. Pierwszemu od dekady albumowi studyjnemu Sade zabrakło niestety całej magii dawnych przebojów piosenkarki.



Reklama



Elegancka nuda

Niestety tak jak fani Sade niewiele od niej oczekują, tak ona sama wydaje się nie stawiać sobie już zbyt dużych wyzwań. Na najnowszym albumie znów stara się zbytnio nie wychodzić poza wypracowaną przez siebie na początku kariery formułę miłego, bardzo bezpiecznego popu, z elementami soulu i jazzu oraz z prostymi, emocjonalnym przekazem. Słychać to chociażby w sentymentalnej balladzie "Long Hard Road", która mogłaby równie dobrze powstać też dziesięć, dwadzieścia lat temu, czy w "Skin" z dość staroświeckim podkładem elektronicznym. Oczywiście w większości utworów gitary akustyczne i elektryczne brzmią niezwykle elegancko, podobnie aranżacje sekcji instrumentów smyczkowych i partie klawiszy budują odpowiedni klimat dla charakterystycznego głosu wokalistki. Jednak za sprawą zachowawczego charakteru kompozycji i niemal sterylnego studyjnego brzmienia przychodzą na myśl niepokojące skojarzenia z estetyką pogardliwie nazywaną dzisiaj smooth jazzem.




Jest jeszcze nadzieja


Może kiedyś styl Sade był określany jako oryginalny i ciekawy, natomiast w obecnych czasach wydaje się zwyczajnie przeżytkiem. Jedynym urozmaiceniem albumu "Soldier of Love" są zatem elementy współczesnego r’n’b: szczególnie pod koniec "Moon and the Sky", w rozbudowanym refrenie tytułowego utworu oraz w najciekawszym z nich "Babyfather" z wpływami reggae.

Niestety to wciąż za mało, żeby twórczość Sade budziła taki zachwyt, jak chociażby nieco młodszej od niej stażem, ale niemniej utytułowanej Erykah Badu. Przecież czasy się zmieniły, nawet muzyka popularna może mieć swoją tożsamość – nie musi się nazywać ogólnie pop, tak jak w latach 80., ale r’n’b, soul czy hip-hop. A Sade zamiast korzystać z tego, przyczyniać się do rozwoju czarnej muzyki, współpracować z innymi artystami, broni się przed postępem pretensjonalnym stwierdzeniem: "Nagrywam albumy tylko wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia".

To przekonanie o wartości własnej twórczości porównywalne jest chyba tylko ze Stingiem, który - pomimo kilku ostatnich zupełnie niezrozumiałych przedsięwzięć - wciąż nie przestaje być przede wszystkim miłośnikiem muzycznej konfekcji. Dla Sade może jest jeszcze szansa, ale musi przestać się izolować od świata i otaczać tłumem pochlebców, nawet jeśli wciąż są ich setki tysięcy.