Inne
Reklama

"Soldier of Love"
Wyd. Sony BMG, 2010
Ocena: 4/6



W teledysku do singla „Soldier of Love” Sade Adu śpiewa, że „już zapomniała, jak właściwie używa się serca, ale wciąż jest wśród żywych”. Nigdy jeszcze nie brzmiała tak posępnie, a od czasu dusznego „I Never Thought I’d See The Day” (1988) nie nagrała tak nowoczesnej rzeczy. Ale tych, którym marzy się techno-soulowa Sade w odmienionej wersji, trzeba rozczarować. Jeśli szukacie na tej płycie futurystycznych odkryć nowego tysiąclecia, zawiedziecie się. Jeśli posłuchacie jej dla muzyki - może nie.

Choćby dlatego, że po dziesięciu latach milczenia trudno oczekiwać, żeby wokalistka, która wcześniej przez ponad dwie dekady wydawała albumy z utworami wciąż tak samo stylowo staroświeckimi jak „Smooth Operator” czy „Hang On To Your Love”, zrobiła zasadniczy zwrot ku współczesności. Tak samo, jak trudno wymagać, żeby powróciła w równie dobrej formie. W innych utworach na „Soldier of Love” stara się odejść od sypialnianych skojarzeń ku refleksji, ale również wprowadzić elementy country i sentymentalnego walca – z połowicznym sukcesem. Od elegijnej ballady „Morning Bird” przez świetne, reggae’ujące „Babyfather” po refleksyjne „In Another Time”, gdzie tłem są smyczki i saksofon, Sade udaje się wyważyć 42-minutowy album między osobistą spowiedzią a ponadczasowymi aranżacjami. Znamy to na pamięć, a wciąż brzmi dobrze, więc gdzie leży tajemnica? W niezmienności jej muzyki i w głosie Sade, jak zawsze uszlachetniającym smooth-jazzowe banalizmy. W fortepianowych arabeskach „Morning Bird”, w nostalgii „Skin” i kończącego płytę „The Safest Place” Sade jest powściągliwsza niż dawniej. Zgoda, nie ma tu też przebojów na miarę „Your Love Is King”, a nawet może wydawać się, że pod tym względem „Soldier of Love” jest krokiem wstecz, bo melodiom nieco brak typowej dla Sade mrocznej zmysłowości.







Możliwe, że najnowsza nie dorównuje jej płytom z lat 80. - jest niezgrabną próbą pogodzenia zachcianek fanów i ambicji zespołu Sade, obawiającego się odrzucenia. Nie ma tu więc oczekiwanej rewolucji, jednak Sade nie musi oddawać korony królowej miękkich brzmień. Wystarczy posłuchać „The Moon And The Sky”, żeby przekonać się, że „Soldier of Love” to dowód na to, że siłą R’n’B są uczucia, nawet odmieniane wciąż przez te same przypadki, a nie eksperymenty czy sterylna produkcja płyt, jakich wiele opuszcza dziś studia. Zamiast na wziętego producenta, których zatrudniają gwiazdy, od Madonny po Beyonce i Rihannę, Sade postawiła na przewidywalne aranżacje i dobre kompozycje. „Soldier of Love” jest więc także odpowiedzią na pytanie, dlaczego Sade to legenda z 50 milionami sprzedanych płyt na koncie.

Gdy zaczynała we wczesnych latach 80., muzyką pop rządziły dyskotekowe brzmienia i Sade, trochę na zasadzie paradoksu, podobnie jak wcześniej Dire Straits, zdobyła wiernych fanów, których nie obchodziły muzyczne mody, tylko sentymentalne piękno ballad. Uroda egzotycznej wokalistki – pół Brytyjki, pół Nigeryjki – była dodatkowym atutem. Z zespołem, z którym nagrała też najnowszą płytę, jako jedna z nielicznych czarnoskórych kobiet stała się ikoną i podbiła Amerykę. Kariera Sade (jeszcze wtedy bez albumu) nabrała rozpędu w 1983 roku właśnie po koncertach w Nowym Jorku. Debiut „Diamond Life” (1984) – kilka dni temu nominowany do Brit Awards w kategorii najlepszy album 30-lecia – okrył się szybko czterokrotną platyną, a druga płyta „Promise” zagwarantowała wokalistce Grammy, co ostatecznie otworzyło amerykańskiej opinii publicznej oczy na soul/R’n’B z Europy i Wysp. Jeśli może być inna przyczyna, dla której Sade jest ważną postacią w świecie muzyki – równie dobrze może być nią ta płyta.