Dziennik Gazeta Prawana logo

Królowa buduarowego soulu powróciła

13 lutego 2010, 19:50
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Królowa buduarowego soulu powróciła
Inne
Tych, którym marzy się techno-soulowa Sade w odmienionej wersji, trzeba rozczarować. Poszukiwacze futurystycznych odkryć na "Soldier of Love" nie mają czego szukać. Nowa Sade to przewidywalnie piękny prezent dla fanów, którzy po dziesięciu latach oczekiwania stracili nadzieję na kolejny album wokalistki.
fr_sade_273478a_516496.jpg
Królowa buduarowego soulu powróciła




W teledysku do singla „Soldier of Love” Sade Adu śpiewa, że „już zapomniała, jak właściwie używa się serca, ale wciąż jest wśród żywych”. Nigdy jeszcze nie brzmiała tak posępnie, a od czasu dusznego „I Never Thought I’d See The Day” (1988) nie nagrała tak nowoczesnej rzeczy. Ale tych, którym marzy się techno-soulowa Sade w odmienionej wersji, trzeba rozczarować. Jeśli szukacie na tej płycie futurystycznych odkryć nowego tysiąclecia, zawiedziecie się. Jeśli posłuchacie jej dla muzyki - może nie.

Choćby dlatego, że po dziesięciu latach milczenia trudno oczekiwać, żeby wokalistka, która wcześniej przez ponad dwie dekady wydawała albumy z utworami wciąż tak samo stylowo staroświeckimi jak „Smooth Operator” czy „Hang On To Your Love”, zrobiła zasadniczy zwrot ku współczesności. Tak samo, jak trudno wymagać, żeby powróciła w równie dobrej formie. W innych utworach na „Soldier of Love” stara się odejść od sypialnianych skojarzeń ku refleksji, ale również wprowadzić elementy country i sentymentalnego walca – z połowicznym sukcesem. Od elegijnej ballady „Morning Bird” przez świetne, reggae’ujące „Babyfather” po refleksyjne „In Another Time”, gdzie tłem są smyczki i saksofon, Sade udaje się wyważyć 42-minutowy album między osobistą spowiedzią a ponadczasowymi aranżacjami. Znamy to na pamięć, a wciąż brzmi dobrze, więc gdzie leży tajemnica? W niezmienności jej muzyki i w głosie Sade, jak zawsze uszlachetniającym smooth-jazzowe banalizmy. W fortepianowych arabeskach „Morning Bird”, w nostalgii „Skin” i kończącego płytę „The Safest Place” Sade jest powściągliwsza niż dawniej. Zgoda, nie ma tu też przebojów na miarę „Your Love Is King”, a nawet może wydawać się, że pod tym względem „Soldier of Love” jest krokiem wstecz, bo melodiom nieco brak typowej dla Sade mrocznej zmysłowości.

Możliwe, że najnowsza nie dorównuje jej płytom z lat 80. - jest niezgrabną próbą pogodzenia zachcianek fanów i ambicji zespołu Sade, obawiającego się odrzucenia. Nie ma tu więc oczekiwanej rewolucji, jednak Sade nie musi oddawać korony królowej miękkich brzmień. Wystarczy posłuchać „The Moon And The Sky”, żeby przekonać się, że „Soldier of Love” to dowód na to, że siłą R’n’B są uczucia, nawet odmieniane wciąż przez te same przypadki, a nie eksperymenty czy sterylna produkcja płyt, jakich wiele opuszcza dziś studia. Zamiast na wziętego producenta, których zatrudniają gwiazdy, od Madonny po Beyonce i Rihannę, Sade postawiła na przewidywalne aranżacje i dobre kompozycje. „Soldier of Love” jest więc także odpowiedzią na pytanie, dlaczego Sade to legenda z 50 milionami sprzedanych płyt na koncie.

Gdy zaczynała we wczesnych latach 80., muzyką pop rządziły dyskotekowe brzmienia i Sade, trochę na zasadzie paradoksu, podobnie jak wcześniej Dire Straits, zdobyła wiernych fanów, których nie obchodziły muzyczne mody, tylko sentymentalne piękno ballad. Uroda egzotycznej wokalistki – pół Brytyjki, pół Nigeryjki – była dodatkowym atutem. Z zespołem, z którym nagrała też najnowszą płytę, jako jedna z nielicznych czarnoskórych kobiet stała się ikoną i podbiła Amerykę. Kariera Sade (jeszcze wtedy bez albumu) nabrała rozpędu w 1983 roku właśnie po koncertach w Nowym Jorku. Debiut „Diamond Life” (1984) – kilka dni temu nominowany do Brit Awards w kategorii najlepszy album 30-lecia – okrył się szybko czterokrotną platyną, a druga płyta „Promise” zagwarantowała wokalistce Grammy, co ostatecznie otworzyło amerykańskiej opinii publicznej oczy na soul/R’n’B z Europy i Wysp. Jeśli może być inna przyczyna, dla której Sade jest ważną postacią w świecie muzyki – równie dobrze może być nią ta płyta.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj