Michała Urbaniaka miłośnikom jazzu przedstawiać nie trzeba. Kilkadziesiąt wydanych płyt, nagrania z Milesem Davisem, Herbiem Hancockiem, Marcusem Millerem, występ dla Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. "Człowiek - orkiestra" - określenie to świetnie do Urbaniaka pasuje.

W biografii pióra Andrzeja Makowieckiego, jazzman zabiera czytelnika w podróż po trzech kontynentach. Opowieść o muzyku rozgrywa się w przemierzanej przez niego wszerz i wzdłuż Europie, Azji i Ameryce Północnej, ze szczególnym uwzględnieniem ukochanego przez muzyka Nowego Jorku, a zwłaszcza Manhattanu.

Podróż z jazzem po świecie Urbaniak rozpoczął w Łodzi. Jego rodzice - szwaczka i tkacz, prowadzili w latach 50. i 60. nielegalną szwalnię, co pozwalało im posyłać przyszłego jazzmana na lekcje do wybitnych łódzkich profesorów gry na skrzypcach. Choć Urbaniak przygodę z muzyką zaczynał od skrzypiec i kompozycji klasycznych, szybko jednak zainteresował się jazzem.

"Jazzowego potwora obudził we mnie Louis Armstrong, śpiewając i grając na trąbce >>Mack the Knife<< - wspomina na kartach biografii Urbaniak. - Wysłuchałem oniemiały z wrażenia tej stosunkowo prostej () melodii, i w tym momencie świat muzyki klasycznej wydał mi się nagle ciasny i mdły". Urbaniak jazz traktuje z miłością i eksponuje siłę tej muzyki. Mówi o niej tak: "Jazz to niewyobrażalna potęga. Nie czołgi, nie bomby, nie rakiety, tylko jazz właśnie rozwalał z roku na rok szańce komunizmu w Polsce i innych krajach Europy Wschodniej".

Już w wieku 18 lat Urbaniak wyjechał ze Zbigniewem Namysłowskim na tournee do Stanów Zjednoczonych. W Nowym Jorku zobaczył, jak pisze Makowiecki, "płonące dachy Manhattanu". Urbaniak po wielokroć podkreślał, że "choć urodzony w Łodzi, w duszy czuł się nowojorczykiem". Do Nowego Jorku wracać, jak sam mówi, lubi. "Nie tęskniłem za Europą, () bez przerwy natomiast marzyłem o Nowym Jorku. Chwilami były to marzenia tak rozpaczliwe, iż przestawałem wierzyć, że kiedykolwiek tam byłem" - wspomina muzyk. Jego tęsknota i miłość do tego miasta są stale obecne w tej biograficznej opowieści.


Jazzman opowiada o młodzieńczych latach z dużą dawką dystansu i humoru, niekiedy pikantnego. Historia o jego pierwszych wyprawach w świat jazzu skrzy się anegdotami: czy to dotyczącymi pierwszych koncertów, kiedy to młodzi artyści przesadzili przed występem z koniakiem, zdemolowali kawiarnię i zostali przez MO "wyłapani jak koty w pobliskim lesie", czy to utarczek z młodymi aktywistami ZMS, ZWM i ZSP, którzy "młodym jazzmanom przyglądali się ze zgrozą".

Niemało miejsca w opowieści o Urbaniaku zajmuje alkohol. I chociaż trudno nie uśmiechnąć się przy kolejnej opowieści z kim Urbaniak pił, ile i jakie były tego konsekwencje, to pojawiają się w tym obrazie tony ciemne: lęk, depresja, niemoc. Muzyk opowiada o tym z dużym dystansem, nie ukrywa, nie przemilcza. Tak samo mówi o swoim życiu emocjonalnym: o małżeństwie z Urszulą Dudziak, dla której na kilkanaście lat porzucił picie.

"Nie mogąc dodzwonić się do Urszuli, zacząłem do niej latać. Po przebudzeniu () brałem ni stąd, ni zowąd taksówkę, jechałem na JFK i wsiadałem w pierwszy samolot do Londynu, Paryża czy też innego europejskiego miasta. () Szczególnie zapadły mi w pamięć tysięczne godziny, które spędziłem w europejskich pociągach. Był to z pewnością nienormalny stan, jakaś psychiatryczna jednostka chorobowa" - wspomina muzyk. O swoich byłych kobietach opowiada długo, nie szczędząc czytelnikom pikantnych szczegółów. Wspomina romanse i małżeństwa: z aktorką Lilianą Głąbczyńską, z Barbarą Trelą, i w końcu szczęśliwy związek z obecną partnerką - Dorotą Palmowską, którą nazywa "Aniołem Stróżem".

Najwięcej jednak miejsca w książce zajmuje muzyka. To o niej mówi z największą pasją. Skrzypce i saksofon nazywa "żoną" i "kochanką". Kiedy opowiada o propozycji nagrania płyty z Milesem Davisem dają o sobie znać naprawdę wielkie emocje. O Davisie mówi ze szczególną estymą: "Ten facet miał taką klasę, że nie mogłem od niego oderwać wzroku. Żaden muzyk w historii jazzu nie miał takiej klasy. Nawet Ellingtonowi popuściły nieraz usta w uśmiechu. Miles natomiast był jak wykuty z granitu. To nie był człowiek. To była rzeźba".

"Ja, Urbanator" jest opowieścią o miłości - miłości do muzyki. Choć jest tu miejsce na Nowy Jork, kobiety i alkohol, w sercu Urbaniaka pierwsze skrzypce nieodmiennie gra jazz.