Dziennik Gazeta Prawana logo

Religijno-rockowy kabaret

25 lutego 2008, 01:37
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Trzy lata trzeba było czekać na kolejny krążek płockiej kapeli Lao Che. Sukces poprzedniej płyty "Powstanie Warszawskie" wysoko ustawił poprzeczkę oczekiwań. Ale zespół sprostał im na swój radykalny sposób. DZIENNIK recenzuje nową płytę Lao Che - "Gospel".

Po nagraniu płyty, która od razu przeszła do historii, można zrobić dwie rzeczy – zakończyć karierę lub dalej grać swoje. Tylko co znaczy swoje w przypadku zespołu, który garściami czerpie z literatury, historii i w oryginalny sposób przetwarza dowolne gatunki muzyczne? „Gospel” daje bezkompromisową odpowiedź i zaskakuje już na etapie okładki. Zamiast mrocznej estetyki „Guseł” i wydawnictw związanych z „Powstaniem Warszawskim” dostajemy jasne, kremowe opakowanie z napisami z kolorowej posypki do słodkich deserów. Do tego tytuły utworów wypisane literami przypominającymi logo Google i wizerunek ryby, symbolu chrześcijaństwa, na płycie zespołu, którego pierwszy krążek zaszufladkowano jako rock pogański.

Lao Che musiało zdecydować: płyta z piosenkami czy kolejny koncept-album? A jeśli spójna całość, to jaki motyw przewodni? Do jakiej tradycji lub epoki się odwołać? Co może dorównać nośnością opowieści o walczącej Warszawie? Odpowiedź jest radykalna i brawurowa: Pismo Święte. „Gospel” jest przesiąknięte biblijnymi odwołaniami i chrześcijańską symboliką: „Drogi Panie”, „Bóg zapłać”, „Zbawiciel Diesel”, „Hydropiekłowstąpienie”, „Paciorek” – tytuły nie wymagają interpretacji.

A więc rock chrześcijański? Przeciwnie – Lao Che nie odcina się od korzeni. Narrator tej opowieści nie ma w sobie wiele pokory i na pewno nie klęka przez Bogiem. Bez przerwy kłóci się z Nim, wręcz pyskuje i wykrzykuje swoje żale w pijackim widzie. Bywa w tym przekonujący, straszny, ale bywa też i groteskowy. Te dialogi pędzą w rytmie szalonej, skocznej, niemal cyrkowej muzyki. Pełno w niej zapożyczeń czytelnych dla publiczności osłuchanej z rockiem i punkiem. Trafimy na bluesa, reggae i ska, a nawet muzykę latynoską, ale wszystko to wzięte w cudzysłowie i poddane obróbce nadającej charakterystycznego klimatu, bez popadania w tani pastisz czy kicz.

Sporo tu ostrych przełamań tempa, zwrotów akcji i wahań nastrojów – tego co znamy z „Powstania Warszawskiego”. Podobnie jak zadziorność i power, który nie jest wynikiem prostej sumy zebranych do kupy elementów; jest niespotykaną dziś w muzyce wartością dodaną, przemyconą między taktami i wierszami.

Całość robi wrażenie, którego skali nie chcę mierzyć „Powstaniem Warszawskim”, bo z porównania z taką płytą mało kto może wyjść obroną ręką. Zespół Lao Che zmierzył się z oczekiwaniami ironią i dystansem, zachował własny styl, a przy okazji nagrał świetną, rockową płytę z dobrym pomysłem i mocnymi tekstami.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj