Na trasie "" Depeche Mode zagrają łącznie ponad sto koncertów. Już raz byli w Polsce, 21 lipca wystąpili na Stadionie Narodowym. Poza aktualną minitrasą pojawią się jeszcze w lipcu na gdyńskim Open'erze.
Krakowski koncert nieco różnił się od tego w Warszawie. Depeche zagrali tylko trzy piosenki z nowej płyty "", zrezygnowali również z coveru Davida Bowiego "". Zagrali za to aż pięć utworów ze znakomitej płyty "" z 1997 roku. Ale od początku.
Po rozbiegówce z głośników, czyli "" The Beatles i krótkiej wariacji z tematem z "" ze "" na scenie pojawili się występujący z Depeche Mode na trasie Peter Gordeno (klawisze i chórki) i Christian Eigner (perkusja). Następnie ubrany w czarny golf Andrew Fletcher, Martin Gore z gitarą i wreszcie król show Dave Gahan w świecących czerwonych butach, marynarce i okularach słonecznych. Szybko je zdjął i zaczął śpiewać pierwszy numer z płyty "", "". Członkowie Depeche Mode podkreślali w wywiadach o "Spirit", że wiele miejsca poświęcili na niej opisom dzisiejszego świata, mówiąc delikatnie, idącego w niepokojącą stronę. Napisany przez Martina Gore'a tekst "" jasno mówi, co panowie sądzą o kondycji społeczeństw. Gahanowi śpiewającemu m.in. "" towarzyszyła znamienna wizaulizacja. Z ekranu pełnego kolorowych barw powoli znikały poszczególne fragmenty, by na końcu została jedna jasna plama. Cofnęliśmy się w myśleniu wiele lat i panowie z Depeche Mode doskonale to widzą. Wiedzą, że jedyną szansą na poprawę świata jest rewolucja, stąd na "Spirit" znalazł się numer "". Zanim jednak zagrali go w Krakowie zaprezentowali kilka klasyków. Już bez marynarki Dave zaśpiewał "" oraz "" ze wspomnianej płyty "Ultra". Doskonałego mrocznego albumu naznaczonego narkotykowym nałogiem Gahana i pierwszego nagranego po odejściu z zespołu Alana Wildera.
Potem zabawa zaczęła się na dobre. Przy "" z płyty "" z 2005 roku Gahan stanął na specjalnej rampie wysuniętej w widzów i szalał wraz z publiką. Szybsza niż na płycie wersja tego kawałek mocno pobudziła wypełnioną po brzegi Tauron Arenę. Potem zaskakujący ponowny powrót do "". "" nie należy do żelaznego zestawu utworów DM, nie grali go w Warszawie w zeszłym roku. Teraz na żywo wypadł świetnie. Towarzyszyła mu wizualizacja, z jednej strony nawiązująca do teledysku nakręconego przed laty przez stałego "wizualnego" współpracownika zespołu doskonałego holenderskiego fotografa i reżysera Antona Corbijna. Z drugiej strony, w wizualizacji do "Useless" widać nawiązania do słynnego klipu Boba Dylana do utworu "" z połowy lat 60., w którym artysta przekłada kartki z tekstem piosenki. Za wizualizacje na koncercie również odpowiada Anton Corbijn.
Trzeba jednak przyznać, że akurat ta część trasy "" nie powala wizualnie. Jest tylko jeden ekran na środku, brakuje dwóch po bokach, na których wcześniej można było oglądać zespół podczas koncertu. Tym samym, osoby stojące na końcu hali przez większą część koncertu widziały jedynie małe ludziki na scenie, bez zbliżeń na telebimach. Same wizualizacje też nie zachwyciły, przynajmniej nie wszystkie. Ci którzy znają prace Antona Corbijna wiedzą, że potrafi więcej.
Na scenie jednak nie brakowało szaleństwa. Wariujący na scenie Dave z małym wąsikiem i pomalowanymi powiekami kolejno porywał do zabawy śpiewając "", "" oraz jeden z numerów, które napisał na "", "".
Potem tradycyjna część koncertowa, czyli dwa numery śpiewane przez Maritna Gore'a, podczas których Gahan nabiera sił na zapleczu. I tu jeszcze raz powrót do albumu "Ultra". Martin wykonał bowiem "" (w towarzystwie Petera Gordeno) i "". Dostał za nie potężne brawa i po całej hali roznosiło się "".
Skandowanie przerwał powracający Dave Gahan. Koncert ponownie nabrał szybszego tempa. DM zagrali "", singiel ze "", "", oraz fenomenalną wersję "". Wspólne śpiewanie przeboju z 1983 roku Gahan zakończył słowami: "". Przyznam, że nie słyszałem takich słów z ust Dave'a na wcześniejszych polskich koncertach.
Zanim zespół zszedł ze sceny wykonał jeszcze inne klasyki sprzed lat, "", "" i "" z nieodzownym machaniem rękoma całej publiki.
Po kilku oddechach i wywoływaniach przy mikrofonie stanął Martin i wykonał akustyczną wersję "". Kiedy dołączył Gahan DM wykonali kolejne klasyki "", "" i na finał "". Potem nastąpiło długie pożegnanie z publiką. Muzycy tradycyjnie zebrali się na środku sceny i wspólnie kłaniali się publiczności. Dave klepnął jeszcze Andy'ego Fletchera w pośladek i zeszli. Zgasły światła i nastąpiła cisza.
Skończył się kolejny genialny koncert Depeche Mode. To prawda, że Dave na scenie nie potrafi już zrobić tylu obrotów wokół własnej osi jak dwie dekady temu, jego pełne erotyzmu ruchy już nie mają tyle gracji co przed laty, ale na scenie wciąż pozostaje królem. Widać, że wraz z Martinem i Andym doskonale czują się na scenie i bawią w swoim towarzystwie, a to przenosi się na publikę. W Krakowie wykonali zestaw piosenek, z których każda ma w sobie niesamowitą energię, nie zamieniłbym żadnej na inną. Oczywiście, można marudzić, że nie zagrali na przykład "Policy Of Truth" albo "Just Can't Get Enough", ale przy tylu znakomitych piosenkach DM musieli by grać kilka godzin by zadowolić wszystkich fanów.
Ja zazdroszczę tym, którzy już szykują się na występy Depeche Mode w Łodzi i Trójmieście. Przeżyjecie szalone chwile.