MARCIN CICHOŃSKI: Nie podejrzewałem, że w swej naturze jesteś sentymentalny. Bardziej kojarzyło mi się, że bardziej spoglądasz o krok do przodu, planujesz, a nie podsumowujesz z nutką melancholijnego uśmiechu?

ANDRZEJ PIASECZNY: Masz zupełną rację. Tuż przed spotkaniem z tobą rozmawiałem z Julitką, czyli moim menadżerem. Bo już doskonale wiem, co chciałbym jzrobić w przyszłym roku. No, ale takie plany mogą powstawać, można o nich rozmawiać, jednak wchodzą w życie, gdy powstanie do nich pierwsza nuta. Jeśli mam z czymkolwiek problem, to z nadmiarem pomysłów. A tego rodzaju sentymentalizm, który przelał się na płytę 25+, bo ona powstała dzięki trasie koncertowej – pojawił się po długich namowach manadżera. Od wielu lat koncertuję jesienią i zimą, czyli w okresie, kiedy trzeba kupić bilet.

O latach 90tych, kiedy zaczynałeś, mówiło się jako o złotym czasie dla polskiej muzyki…

…Naprawdę?!?

No tak. Z jednej strony noga popowa, z drugiej rockowa, pełno dobrych płyt…

Ja zapamiętałem to zupełnie inaczej. Konkretnie: w niezrównoważonych proporcjach. Wszystko, co było twardsze, co wywodziło się z muzyki rockowej, było bardziej cenione. W związku z tymi ocenami lepiej było wywodzić się z czegoś rockowego. Kiedy ktoś zaczął robić rzeczy popowe lub jakieś inne był wyszydzany, że to syf, syf i jeszcze raz syf.

Hej, a mam ci przypomnieć sukces płyt nagranych z Robertem Chojnackim albo „Gabinetów”?

(tu Andrzej Piaseczny spojrzał na rozmówcę z politowaniem) A pamiętasz ich recenzje? I jakie pomyje się wtedy lały na mnie? Czy ty naprawdę myślisz, że fajnie to było nosić na sobie? Wiesz, że wychodziłem na scenę, przed którą były setki ludzi, a ja wychodziłem do nich z głową wbitą w podłogę?

Czułeś się niszczony?

Wolałbym unikać takich jednoznaczności. Ale dobrze pamiętam ten czas. Pamiętam, kiedy w gazecie ze względów merkantylnych robiono mi zdjęcie okładkowe, a w środku był artykuł - komentarz, jaki ja jestem słaby. Tekst, który strasznie mnie niszczył.

Mówisz o pamiętnej Machinie?

Tak, o niej. Ale dziś w sobie nie mam pretensji o to. Bo też wiem, że mimo iż odnosiłem sukcesy, wielu to nie pasowało, to generalnie dobrze wspominam ten okres. Wiem też, ile i czego mi brakowało. Dzisiaj staram się mieć równowagę w sobie, chociaż uczciwie mówiąc nie jestem kimś kto…. Jakby to ładnie określić…

Nie przechodziłeś obok tego obojętnie?

Bardzo ładnie pan to ujął… W ogóle uważam, że w naturę twórcy jest wpisana dosyć duża doza wrażliwości. Są ludzie, którzy radzą sobie z tym absolutnie świetnie i wzorcowo. Są tacy, którzy na zewnątrz radzą sobie bardzo dobrze, a w środku gorzej i jest tez grupa osób, która potrafi o tym mówić. Ja nie chcę dziś robić z siebie człowieka, który za bardzo… (zamyśla się)

Andrzej, nie masz wrażenia, że ty w każdym zdaniu za bardzo chcesz przeprosić?

No taki jestem…

Zobacz – 25 lat w dorobku, miliony sprzedanych płyt, o czym dziś najwięksi mogą pomarzyć. Przeboje, które zna cała Polska, jurorowanie, czyli pozycja autorytetu, za tobą fajna trasa koncertowa…

Echh… No…

O właśnie! Widzisz?

Nie chcę mówić, że jestem kimś, kim nie jestem. Taki jestem. Przepraszam (śmiech)

Wracając do pytania, bo te lata dziewięćdziesiąte, to była połowa pytania. Dla dziennikarzy muzycznych to jest najbardziej hardkorowa jesień pod kątem ważnych premier od dekad.

Widzisz – ja o tym nie mam pojęcia. Ja trochę żyję z boku.

Czyli nie patrzysz w kalendarz i nie kalkulujesz?

Pewnie wydawca patrzy. Wydaje mi się, że ten rynek zaczyna się bardzo ładnie otwierać. To jest coś, co powoduje we mnie troszkę większy uśmiech na twarzy. Zawsze miałem podskórne przeczucie, że rynek polski – bardziej myśląc o koncertowym właśnie – jest ogromny. My naprawdę mamy całkiem spory kraj w środku Europy. Miejsce jest dla każdego. Dzisiaj naprawdę wielu ludzi koncertuje i my się nie przepychamy. A jeśli to robimy, to tylko pod kątem dostępności sal. Bo ich jeszcze nie ma aż tyle – nie ma pełnego nasycenia rynku. Więc, żeby zagrać w dobrym, fajnym miejscu, których trochę się pojawiło, to trzeba rok wcześniej je bukować. Dla mnie genialne jest, że każdy ma swoją publiczność. I że nas, Polaków, stać żeby kupić bilet na koncert.

Chciałem zapytać cię trochę o bycie jurorem, ale z innej strony: czujesz się dobrym nauczycielem?

Jestem nim z wykształcenia, ale nigdy nie pracowałem jako nauczyciel. Chyba nie jestem dobry w tym fachu. Zbyt łatwo się denerwuję. Ten program (Voice of Poland – przyp.red.) dał mi przemianę w sobie. Kiedy byłem zaproszony do pierwszej edycji, to miałem takie odczucie, że ja wiem. Bo rzeczywiście coś więcej wiem i wiedzę tę natychmiast chciałem przekazać ludziom. A oni muszą zrobić to, co.. ja wiem! To był kolosalny błąd. Po wielu latach dostałem szansę powrotu zmieniłem swe podejście. Zacząłem mówić: bądź, kim chcesz. Ja mogę coś odrobinę podpowiedzieć, a czy ty z tego skorzystasz – twoja sprawa. Problem polega na tym, że trochę ja wybieram, wiec ktoś powinien wziąć pod uwagę to, co ja mówię.

Ale abstrahując od show – czy możesz powiedzieć: to jest akademia Andrzeja Piasecznego, a to są moi uczniowie?

Twoje założenie jest niestety błędne. Zakładasz, że przychodzą ludzie, którzy są otwarci na naukę. Otóż w 90 procentach nie. Jest tam tylko ułamek ludzi, którzy podejmą odwagę procesu myślowego w tym sensie, że powiedzą sobie: a może spróbuję. Nie, większość mówi: nie. I nie robię z tego zarzutu, bo ja sam taki byłem. Gdyby mnie dwadzieścia lat temu ktoś wziął za łeb i powiedział: siedź i rób to, co ja ci mówię, to ja śpiewałbym znacznie lepiej po paru latach. A ta droga zajęła mi dużo więcej czasu. Rozumiem co jest wpisane w naturę młodzieńczości, która dziś jest jeszcze bardziej odważna. Mówi „ja!” „Ja umiem!”. Kto wie, czy to nie jest takie do końca złe. Pokazuje tych ludzi jako pokolenie bez kompleksów, co jakąś wartością jest. Ja mam w sobie poczucie, że dobrze jest mieć w sobie znak zapytania, bo on powoduje, że jakiś rozwój katalizujemy szybciej.

Nie wierzę w to, że można powiedzieć, że jest coś takiego, jak akademia Andrzeja Piasecznego i tam dałby się umieścić kilka osób. Nawet mam w głowie takie doświadczenie – zdarzało się, że prowadziłem ludzi, którzy – co trudno im zarzucić – chcieli wygrać. Podejmowali zadania przeze mnie wyznaczone, ale ani nie chcieli tego robić, ani się na to nie godzili wewnętrznie. Czy to jest fajne? Kompletnie nie.

Czy bycie jurorem w talent-show nie jest podcinaniem gałęzi, na której się siedzi? Sam wypuszczasz w świat konkurencję…

Zupełnie nie. Tak jak mówiłem – ten rynek jest ogromny. To jest też prawdą, że jeśli uprawia się muzykę popularną i zdarzy ci się hit, to zgarniasz całą pulę. Hit to nie jest rzecz, która dana jest człowiekowi, co sezon albo nawet, co kilka. Utrzymuję się na sentymencie ludzi, którzy mnie lubią. Ten sentyment trzeba sobie zaskarbić i zdobywać przez długie lata. Dzieciaki niech sobie robią swoje i niech zgarniają jak najwięcej ludzi do siebie. Każdemu z nich życzyłbym, by na tej scenie przetrwali tak długo, jak ja – więc kompletnie nie mam z tym problemu. Cieszę się na każdy sukces każdego człowieka, który z tego programu pochodzi.

Ten program ma jeszcze jeden walor. Mówi się, że jurorzy nie są ważni. Ależ skąd! to jest program o trenerach przede wszystkim. Co najmniej w proporcjach fifty-fifty. Ten program stworzył mi możliwość pokazania swej osobowości pozamuzycznej. I to prawda, że odcinki są montowane, jest magia telewizji. Są też odcinki na żywo, gdzie musisz iść za ciosem. Trochę, jak telewizja śniadaniowa, gdzie dostajesz pytanie i w ciągu 30 sekund musisz na nie odpowiedzieć, co mnie akurat wprawia w tak duże zakłopotanie, że potem czasem muszę odszczekiwać to, co sam powiedziałem. Dla mnie walor tego „tu i teraz na żywo” w Voice of Poland był bardzo ważny. Bardzo podobało mi się to, że mogłem pokazać siebie jako człowieka, jako osobę, która ma poczucie humoru, pewnego rodzaju sposób myślenia i spojrzenia na muzykę. Ale też jako osobowość. Była to dla mnie ogromna przyjemność, że miałem taką możliwość.

Kiedyś gadałem z Mortenem Harketem z a-ha pytając go co robi, kiedy w radiu słyszy „Take On Me”, a jest w kawiarni czy innym miejscu publicznym. Mówił, że miał dwie fazy – pierwszą wyparcia, a drugą, kiedy wstawał i mówił wszystkim: to ja nagrałem, to mój utwór. Jak ty się masz ze starymi przebojami?

Miałem dokładnie tak samo. Jadąc samochodem i słuchając radia… Dygresja: uczciwie muszę powiedzieć, że dziś prawie nie słucham radia w samochodzie, a tylko muzyki, którą chcę.

Auto podłączone do sieci i Tidal i Spotify?

Nie, jako twórca jestem na to nadal wkurwiony, na te nowoczesności, które mnie okradają… i dalej słucham, ale też kupuję płyty. Ale czasem jednak włączasz radio. I leci jakaś piosenka, w tym i moja. Zacząłem krzyczeć: natychmiast!, przełączcie to! Ale jak nagle moich piosenek w radiu zaczęło być mniej, to zacząłem sobie myśleć: gdzie one są? Dziesiąty raz w ciągu godziny słyszę Lady Pank i to nie nową piosenką, a ja? Gdzie jest to, co nagrałem? Dziś nie jestem w momencie, w którym wstaję i mówię ludziom, że to ja nagrałem. Uśmiecham się i w duchu mówię: to ja! Pamiętasz, jak Hugh Grant grał w filmie „Prosto w serce” niedzisiejszą gwiazdę pop? Więc jak słyszę swoją piosenkę w radiu, to myślę sobie: ile jeszcze mnie świąt buraka czeka i czy będzie taki moment, kiedy za nimi zatęsknię…