Dziennik Gazeta Prawana logo

Monetyzacja sentymentów, czyli David Gilmour w Pompejach [RECENZJA]

3 października 2017, 12:34
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
David Gilmour - koncert w Pompejach
David Gilmour - koncert w Pompejach/Media
Mózg ludzki jest ponoć tak skonstruowany, że najbardziej lubi słuchać tego, co już zna. Prawdę tę przekazywał inżynier Mamoń, prawdę tę pokazuje nam David Gilmour. Co nie oznacza, że nie artysta fanów swych nie szanuje.

Wiem, sprawa to delikatna i nie ma nic gorszego niż nadepnięcie na odcisk fanom Pink Floyd. Ale trzeba na początku powiedzieć jasno: wydawnictwa takie jak te służą wyciągnięciu od nas jak największej kasy, która pozwoli muzykom w spokoju spędzać swe ostatnie dni na zasłużonej emeryturze. Na płycie nie dostaniemy niemal nic nowego.

By być uczciwym - tego typu skoki na kasę dzielą się na dwa przypadki. Pierwszy to nieeleganckie odcinanie kuponów, podyktowane koniecznością wypełniania kontraktu i wydawaniem czegoś, co fani już maja i znają (np. mega boks w nowym opakowaniu).

10475902-.jpg
David Gilmour - koncert w Pompejach

Drugi to podejście eleganckie – można by rzec: z klasą i w białych rękawiczkach. I tak Guns ‘N Roses grali trzygodzinny spektakl w Gdańsku mimo że mogli się zadowolić 1h30 min, a David Gilmour postanowił zmonetyzować sentymenty swych fanów i powrócić w miejsce już znane. Na początku lat siedemdziesiątych Pink Floyd nagrało tu słynny koncert-film, który przeszedł do historii. Wiadomo więc, że zainteresowanie projektem będzie naturalne i fani z ciekawości będą chcieli porównać, podyskutować i przynajmniej raz posłuchać.

Nie ma jednak czego porównywać. Film sprzed lat był dziełem intrygującym i tajemniczym, wciągał, przyciągał i nakazywał do siebie powracać. Natomiast dzieło Gilmoura jest – zrobionym z ogromnym szacunkiem dla fanów – zestawem bardziej i mniej znanych melodii. Są tu nagrania solowe, przyciągające ucho delikatnymi zmianami aranżacji, są i wielkie klasyki floydowskie, w których Gilmour gmerać za bardzo nie chciał, ale musiał. Czasem wychodzi to nagraniom na dobre, bo wykorzystanie przestrzeni w „” było zagraniem mistrzowskim. W innych przypadkach, jak m.in. w „” boli, bo pamiętna wokaliza z „” powinna mieć siłę jednego potężnego głosu, a nie chóru (mimo, że nagranie miało miejsce w starożytnym amfiteatrze).

Nie można jednak wygłosić komunikatu do fanów: nie kupuj, bo to strata pieniędzy. Co więcej – jeśli ktoś nie miał w swej kolekcji żadnej muzyki z oklaskami spod znaku Floydów czy Gilmoura może mieć autentyczne poczucie szczęścia. Są tu bowiem momenty magiczne, jak „” czy „”, które tylko David Gilmour grać powinien.
Spodziewam się, że wydawnictwo będzie hitem prezentowym w zbliżającym się sezonie gwiazdkowo-mikołajkowe w pokoleniu 40 +. Doskonale wygląda odtwarzane na ekranie, doskonale wygląda na półce, doskonale wygląda pokazane na Facebooku i Instagramie.

Osoby o mniej szpanerskim usposobieniu mogą się jednak spokojnie zadowolić odsłuchem ze streamingu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj