Na Radomiu się znam, więc się wypowiem. Przekleństwem zawsze była bliskość Warszawy – niemal nikt z ambicjami tu nie chciał zostać, wielkim firmom było tu za daleko, by wyjść poza stolicę, co skutkowało tym, że bezrobocie przez pewien czas przybrało rozmiar strukturalny, a według szacunków regionalnej „” codziennie do pracy w stolicy dojeżdżało nawet 60 tysięcy osób. Czyli lekko licząc jedna czwarta mieszkańców. Jak abstrakcyjne formy przybierały relacje zawodowe radomian w Warszawie można przeczytać w „” Filipa Springera.
Dodatkowo radomianie mieli kompleksy wynikające z wielkości swej „aglomeracji”. Jesteśmy duzi, jest nas ćwierć miliona, zasługujemy na więcej. „” – słyszymy na popularnym deptaku, ulicy Żeromskiego (rzeczywiście mniejsze ludnościowo Kielce przez lata w PRL były stolicą województwa, zabierając – w opinii mieszkańców Radomia – miastu wszystko co najlepsze).
W Radomiu widać też wyraźnie wszystkie problemy społeczności na dorobku – rozwarstwienie zarobków, największą liczbę sklepów z używaną odzieżą i jednocześnie pachnących bogactwem marketów, piękne samochody parkujące obok miejsc, w których przeprowadza się właśnie eksmisję.
Radom jest najważniejszym miejscem dla opowieści KęKę. I KęKę jest najważniejszą osobą do snucia opowieści o takich miejscach jak Radom. Miasto to jest tu też symbolem tego, co dzieje się w wielu innych dawnych stolicach województw, by jeszcze raz odwołać się do cytowanego tu zbioru reportaży Springera. Stąd frustracje, stąd wszechobecny tani alkohol, stąd styk ze światem przestępczym. Nie można próbować zrozumieć fenomenu KęKę, nie próbując zrozumieć Radomia.
A to, że to fenomen i więcej niż tylko meteor, nikogo przekonywać nie trzeba. Niemal dwieście tysięcy sprzedanych płyt. Sto, czasem sto pięćdziesiąt wyprzedanych koncertów rocznie. Piąte miejsce na liście najlepiej sprzedawanych płyt w 2016 roku, kiedy to ukazała się poprzednia płyta „” .
„” zostało złotą płytą na 3 tygodnie przed premierą. Zamówień przyjmowanych w ślepo (no niemal – znane były dwa nagrania) było tak dużo, że można by było otwierać korki szampana. Można, ale tego się nie zrobi – KęKę na Facebooku ogłosił trzy lata swej abstynencji.
.
Do tej pory w opowieściach KęKę i innych przedstawicieli gatunku z mniejszych miast słychać było wyraźną skargę do losu. Mimo, że było to podawane w sosie opowieści z ulicy i dzielnicy – ciężko nie odczytać tam mniej lub bardziej niewypowiedzianych pretensji.
Na „” narracja miejscami się zmienia.
„” – opowiada KęKę w „”, dodając po chwili „”. Słychać też pochwałę codziennego, można rzecz monotonnego życia „”, mówiąc że dbanie o formę, troska o rodzinę jest ważniejsza od chwilowych wyskoków. „” – słyszymy w pozytywistycznym apelu. Aluzje do miejsca zamieszkania się jednak pojawiają „J”.
KęKę świat zza szyby obserwuje, pamięta o nim, opisuje go w niemal każdym nagraniu, ale wyraźnie ciężar tego, co najważniejsze przenosi na swój wewnętrzny, rodzinny świat. Najwyraźniejsze przykłady to oczywiście „”, w którym słyszymy synka rapera oraz jeden z przebojów roku 2018 (tak, wiem – minęły trzy miesiące), czyli „”. „”, a obok pojawiają się synowie i „”. KęKę śpiewa, że nie chce nigdzie wychodzić, w teledysku przygotowuje potrawy.
Na płycie słyszymy bardzo znanych gości. Pojawienie się Sarsy zaskakuje pozytywnie. Bo piosenkarka nie udaje kogoś kim nie jest, a jednocześnie doskonale weszła w brzmienie płyty KęKę. Gorzej jest z nagraniem stworzonym z aktorem Andrzejem Grabowskim. Choć przekaz może robić wrażenie, to bardzo trudno jest ukryć, że połączenie dwóch światów nie wyszło dobrze. Poza tym jednym utworem „To tu” robi piorunujące przebojowością wrażenie.
Świat KęKę wielu odrzuci. Bo to nie jest głos elit, nie jest głos przesiadujących na Zbawixie i jego tańszych odpowiednikach. Piotra Siarę można nie lubić – znam wiele osób, których jego sposób rapowania szybko męczy. Można też nie zgadzać się z mocno konserwatywnym pojmowaniem rodziny, pracy, podejścia do wiary („”). Ciężko jednak nie rozumieć skąd wzięło się – u byłego listonosza, zwolnionego w wyniku restrukturyzacji radomskich placówek – takie podejście. I ciężko go (i podejścia i Kękę), nawet będąc w innym świecie, nie szanować.
KęKę nie odgradzając się, daje nadzieję, daje przykład. Pytanie – jak długo cierpliwości starczy tym fanom, którzy nie mają w sobie tyle samozaparcia, by podjąć walkę z samym sobą i zmienić swój świat – pozostaje otwarte.
Na razie KęKę snując narrację pełną pochwały pracy organicznej zostaje – mimo pozornej sprzeczności - cesarzem, coachem i siłaczką Radomia (czy jak on się tam w innym miejscu Polski nazywa).
KęKę "To tu"; Takie Rzeczy Label 2018; ocena: 8/10