Tak, zgadza się: bardzo lubię proste, ładne i szczere piosenki. Bardzo lubię być porwany przez refren, dać się nieść zwrotkom i powtarzać pod nosem. Dlatego 19 lat temu debiut Coldplay, czyli niezapomniane „Parachutes” do dziś uważam za jedną z lepszych rockowych płyt ostatnich trzydziestu lat. I dlatego też odwróciłem się od zespołu, kiedy na kolejnych produkcjach wyrachowanie brało górę nad prawdziwym rytmem, a twórczość Coldplay powoli przestała mieć znak jakości, momentami schodząc nawet niebezpiecznie do krainy obciachu. Wydłużające się w nieskończoność wyciąganie samogłosek, czy wprowadzenie wprost trwającego kilka sekund „oooooooooo ooooooooooooooooooo ooooooooo ooooooooooooo” jest dobre, jeśli twym odbiorcą jest podpity słuchacz na stadionie lub festiwalu.

Gorzej, jeśli z taką materią musisz się zmagać z własnej, nieprzymuszonej woli, próbując mieć miły wieczór w domu. Tu już nie ma litości, płyty Coldplay stawały się „półkownikami”, a z twórczością zmagaliśmy się bardziej z radia i playlist niż na własny użytek. Bo ileż można było słuchać „drunken high”, nawet jeśli ma się słabość do formacji?

Dlatego w połowie mijającej dekady zaczęło się coś zmieniać. Pojawiły się słynne duchy, zespół przestał się mizdrzyć w sposób agresywny. Mizdrzył się cały czas, ale już nie było to tak bolesne.

Everyday Life” było dość długo płytą skrywaną. Tzw. potwierdzone przecieki na jej temat zaczęły się pojawiać wczesną jesienią. Ogłoszenie listopadowej daty premiery po raz pierwszy nie wywołało chyba społecznościowej burzy, a jedynie (porównując do innych gwiazd pop) delikatne zainteresowanie połączone z życzliwym „dam im szansę”.

Szansę dać należy, choć nierówna to płyta jak cholera.

Mamy tu niezrozumiałe, bo nic nie wnoszące eksperymenty z formą, jak „WOTW/POTP” oraz „When I Need A Friend” , ogniskowe zagrywki wątpliwej jakości w „Guns”. O wpadkach można by jednak zapomnieć, w myśl zasady, by minusy nie przesłoniły nam plusów. Ale tu pojawia się pytanie – kim naprawdę chce być Coldplay? Zespołem, który ciągle dąży, może i chce więcej, nagrywa z poczuciem luzu, bo przecież już nic nie musi czy stadionowym potworkiem i objazdowym cyrkiem z kolorowymi świecidełkami?

Na szczęście mamy na „Everyday Life” znów przepiękne melodie, zaśpiewane, skomponowane i wyprodukowane ze swobodą i swadą, która jest dostępna tylko dla najlepszych. Mamy dużo mrugnięć okiem dla kochających klasykę, jak skradzione Floydom i Bowiemu charakterystyczne pływające saksofony w „Arabesque”. Mamy radiową przekładankę rytmem w „Church”, które wydaje się na całej płycie najmocniejszym pokłonem dla tych, którzy kochają od czasów debiutu. Mamy otwarcie na nowe gatunki, czego dowodem jest wpadające w ucho „Cry Cry Cry” oraz „BrokEN”, czy podane niemal na koniec „Champion of The World”. To są takie momenty, że znów można mieć nadzieję.

Wybór singla („Orphans” z - po raz kolejny - męczącym "uuuuu uuuuuuchhh uuuuuu uuuuuuuuu") pokazuje jednak silny pociąg do tandety i wyrachowania, sięganie po mało wyrobionych słuchaczy, co w czasach streamingu ma niezwykle krótkie nogi.

Coldplay "Everyday Life"; Parlophone/Warner