The Hives w tym stuleciu byli jedną z najważniejszych atrakcji festiwalowych. Kiedy pojawiali się na scenie zgadzało się wszystko: było dobre wykonanie, były przeboje z „Hate to Say I Told You So” na czele. Była wreszcie totalna ekspresja sceniczna, ten rodzaj totalnego szaleństwa sprawiający, że nawet ci, którzy od gitarowego hałasu stronią zostawali z przyjemnością.

Reklama

To z kolei sprawiło, że pokładano w nich wielkie nadzieje. Pisząc „pokładano” mam na myśli tę grupę ludzi, którzy naiwni wierzyli, że rock będzie w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku siłą napędową. O tym, że jest z tym pewien kłopot przekonaliśmy się obserwując losy Kaiser Cheifes, ale i takiego The Hives. Maszynka się zacięła, hitów było mniej. Stadiony zamieniały się w hale, a potem kluby.

Ale zespół wciąż miał coś, czego nie zabierze mu nikt nawet w 2050 roku. Nazwę i legendę. Coś, co sprawia, że fani choćby z ciekawości zajrzą na album, by posłuchać co w trawie piszczy. The Hives postanowili odciąć się symbolicznie od nieudanych płyt. Stwierdzili, że odpowiada za nie Randy Fitizsimmons, nieistniejący szósty członek grupy. I symbolicznie spalili go na stosie, jakim jest szósty album szwedzkiego zespołu.

Trwa ładowanie wpisu

Mamy tu kilka przebojów jak się patrzy. I przy okazji przepustek do wejścia na wielkie sceny. Oczywiście należy do nich „Bogus Operandi” wraz z kolejnym singlem „Countdown to Shutdown”. Przypominają też tu o swej stylistyce, riffach, krzyku, kapitanie zarysowanej sekcji.

Ale ciekawiej się dzieje w nagraniach, które jako single funkcjonować nie będą. Np. w takim „Stick Up”, które pokazuje fascynacje stoner rockiem. Np. w takim „Two Kinds of Trouble”, które mogłoby spokojnie powędrować do repertuaru QOTSA. Horyzonty są szerokie, a płyta delikatnie pokazuje, w którą stronę zespół mógłby jeszcze iść.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. The Hives płytę nagrywali u Benny Andersona z Abby. Najdłuższe nagranie ma 3:43, większość operuje wokół minut trzech i posługuje się bezczelnie i bez oglądania się na nikogo modelem zwrotka-refren.

W serialu „Vinyl” jest taka scena (bardzo mały spoiler, dla tych którzy nie wdzieli). Trwają poszukiwania nowego rockowego artysty, który przyniesie wytwórni miliony. Nieudolne poszukiwania. Wtem w biurze (a są lata siedemdziesiąte) gra z radia Abba. Szef wytwórni mówi, że to jest to – melodia i trzy akordy.

Reklama

Jak trwoga, to Abba, ojcze. The Hives już to wiedzą.

The Hives "The Death of Randy Fitzsimmons" 7/10

ps. Grupa 19 września zagra w Warszawie koncert. Byłem raz i nie zapomnę do końca życia. Polecam.