Hubert Dobaczewski, czyli Spięty przez lata był kojarzony głównie z Lao Che, mimo że „Heartcore” nie jest jego pierwszą solową płytą. Kiedy Lao Che zawiesiło działalność, na jego działalność patrzymy inaczej. Nie jako skok w bok, czy możliwość wyszumienia się, ale podstawową działalność, podstawowy przekaz.

Reklama

Tak jak z wieloma innymi przedsięwzięciami Spiętego, tak jest i tu. Przekaz muzyczny – klimatyczny, często nawet melancholijny, pozostaje w kontraście do przekazu, który pełen jest brawurowych porównań, zabaw słowem, które bardzo często wywołują uśmiech. Bo choćby się odbiorca „zesłał:” nie powstrzyma się, kiedy ciąg niezwykłych skojarzeń uderz do głowy.

To klasycznie alternatywny album. Alternatywny, czyli pozostający w oczywistej sprzeczności do tego, co słyszymy w głównym przekazie. Ale jeśli popatrzymy na środki wyrazu, to mamy tu rzeczy, które chciałoby się by wzmocniły współczesny mainsteamowy sposób prowadzenia kompozycji. Np. o bardzo ładne chórki, zaśpiewy, wzmacnianie ścieżki wokalu o kolejną ścieżkę. Przyjemnie się słucha, bo przecież zawsze dobrze jest, kiedy ktoś dba o naszą higienę ucha.

Oczywiście singlowe „Blue” zapada w pamięć. Oczywiście mamy klika melodii, które wyrwane z kontekstu sprawią, że będzie się ich dobrze słuchać przez radio. „Heartcore” to przede wszystkim całość. Opowieść o zagubieniu wartości, o – idąc za tytułem nagrania – „Uproszczonym rachunku sumienia”. Warto przesłuchać. Jedna z takich płyt, które trwale zostawiają ślad.

Trwa ładowanie wpisu