To już osiem lat, od kiedy znamy jego muzykę. Od czasów „Zostań” zmieniło się bardzo dużo. Na nowej, czwartej płycie, Kortez potrafi zachować stylistykę, być tym samym czarodziejem-klimaciarzem, a z drugiej – rozszerzać instrumentarium, sięgać po szersze i cieplejsze brzemienia. Jednocześnie cały czas z precyzją i wyrachowaniem wykorzystuje to, co jest jego największym skarbem – ciepły, charakterystyczny, lekko narkotyczny w odbiorze głos.

Reklama

Naucz mnie tańczyć” jest płytą wyczekaną. Ale pojawienie się jej o tej porze roku nie jest przypadkiem. Gdzieś pomiędzy kocem a herbatą z imbirem, samotnie (do smutku, płaczu i melancholii) lub razem (do radości, wspomnień i melancholii) album smakować będzie najlepiej, rozbudzając emocje i pokazując, jak wiele ich jesteśmy wywołać przez formę w sztuce w sumie prostą – piosenkę.

W polskiej muzyce adresowanej do masowego, ale bardziej wyrobionego słuchacza od lat obserwujemy produkcyjną ewolucję – wzbogacenie instrumentarium, bawienie się w niuanse, dopieszczanie szczegółów. I pewnie dlatego nagrywanie tej – skądinąd krótkiej – płyty zabrało chwilę. Ale dla brzmienia trąbki w „A co jeśli” czy smyczków, które pojawiają się w nagraniu „Ziemia Niczyja” zdecydowanie warto.

Tytuł „Naucz mnie tańczyć” można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Cała zabawa z nim polega na tym, że jeśli potraktować go bardzo dosłownie otrzymamy klimat późnych godzin na dancingu.

Oczywiście Korteza już raczej nie zmienimy. Piszę to jasno, by ci, którzy rozglądali się za zmianą, poszukali ich na innych płytach. Tu jest stary, dobry kompan do jesienniarstwa.

Trwa ładowanie wpisu