Tricky nie jest jedyny. Nie ma dziś artystki, na którą młode pokolenia muzyków powoływałyby się równie często. I to bez względu na prezentowany gatunek – od Björk i PJ Harvey przez Natashę Khan i Antony’ego Hegharty’ego po trochę starszego punkrockowca Johna Lydona, który podsumował jej twórczość jednym dosadnym zdaniem: "She’s fucking brilliant".

Trochę więcej światła niż frontman Sex Pistols na zjawisko Kate Bush rzuca jej zdeklarowana fanka Gaba Kulka: "To dla mnie artystka kompletna. Absolutnie niezależna, odpowiedzialna za całość swojej kreacji. Perfekcjonistka. Nie zapominajmy, że to nie tylko genialna wokalistka. Ona również pisze teksty, komponuje, produkuje swoje albumy i reżyseruje ilustrujące je klipy. I wszystko tam się zgadza" – tłumaczy wokalistka. Wtóruje jej Hirek Wrona: "Wystarczy posłuchać jakiegokolwiek albumu Tori Amos, wczesnych kompozycji Björk nagrywanych jeszcze z The Sugarcubes w duchu odjechanego folku czy piosenek Coldplay, żeby zrozumieć, jak duży wpływ na współczesnych artystów ma Kate Bush" – wylicza.

Punk w owczej skórze

Mówi się, że to punk dokonał we współczesnej muzyce rozrywkowej ostatniej wielkiej rewolucji, ale to Kate Bush postawiła kropkę nad i, przeprowadzając jej jedwabistą wersję w świecie muzyki popularnej. Ona reprezentowała punkową siłę w popowym kostiumie. Świat przeżył szok, kiedy do głosu doszła niesforna dwudziestolatka, którą interesowały kwestie poruszane raczej w konfesjonałach i w pobliżu kozetki niż w popowych piosenkach. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, w których na listach przebojów królowały bezwolne wokalistki w rodzaju Tiffany czy Whitney Houston, śpiewające niemal wyłącznie o tym, jak miło jest tańczyć albo jak smutne jest rozstanie z ukochanym. Bush chciała śpiewać o niewygodnych sprawach. "The Kick Inside" to opowieść o dziewczynie molestowanej przez ojca, która popełnia samobójstwo. Z kolei "Kashka from Baghdad" traktuje o homoseksualnej miłości. A co powiecie na piosenkę o znaczącym tytule "The Infant Kiss" o niemal pedofilskiej relacji starszej kobiety z chłopcem?

Laleczkom dziękujemy

Kate Bush nie zgadzała się na utarty wizerunek estradowej panienki z okienka – cukierkowej, uległej i zawsze uśmiechniętej. Jako jedna z pierwszych artystek odważyła się być nie idealna. Dziś wszyscy zachwycają się cyberpunkowym stylem Lady Gagi, ale to właśnie Bush pozwoliła sobie na bycie "niejednoznaczną, perwersyjną, szaloną i na swój sposób prowokacyjnie brzydką istotą, będącą wyrazem buntu przeciw wyidealizowanemu, szowinistycznemu wizerunkowi kobiety" – jak zgrabnie określiła ją Deborah M. Withers, autorka jednej z najlepszych książek przyglądających się fenomenowi Angielki "Adventures in Kate Bush and Theory".

Zamiast perlić się przed obiektywami ze swoim partnerem, Bush wolała nagrać piosenkę "Deeper Understanding", w której rolę jej umiłowanego pełnił komputer – wyrozumiały, uczynny, zawsze gotowy, by pomóc. Było to w roku 1989, kiedy pecetami mogli się cieszyć nieliczni (m.in. tę kompozycję wokalistka przerobiła na najnowszej płycie, umożliwiając wokalny debiut synowi, który w "Deeper Understanding" śpiewa refren przetworzony "robocim" efektem).


Teraz ja

Dziś nikogo nie dziwi, że wokalistka może być jednocześnie kompozytorką, producentką i reżyserką swojego show. Przyzwyczailiśmy się do takich osobowości, jak Madonna, Lady Gaga, Sinead O’Connor czy Tori Amos, ale to Kate Bush dokonała prawdziwej rewolucji w postrzeganiu kobiet w muzycznym biznesie, dając wyraźnie do zrozumienia otyłym szefom wytwórni płytowych: "Nikt poza mną nie będzie decydował o mojej sztuce". Na przełomie lat 70. i 80. wymagało to sporej dozy odwagi i bezczelności. Mało kto mógł się cieszyć wtedy prawdziwą niezależnością. W końcu ktoś musiał płacić za kryminalnie drogie sesje nagraniowe i kampanie promocyjne. Nie było przecież internetu, plików mp3 i komputerowych studiów nagraniowych na każdą kieszeń. Artysta był skazany na dyktat koncernów płytowych.

Oczywiście Kate Bush nie mogła sobie pozwolić na samowolę jako debiutantka, bo bez pomocy wytwórni nikt nie usłyszałby o nastoletniej uczennicy szkoły katolickiej, obdarzonej ponadprzeciętnymi zdolnościami kompozytorskimi i głosem, którego się nie zapomina. W końcu to dzięki EMI ukazał się jej debiut "The Kick Inside", z nieśmiertelnym hitem "Wuthering Heights", dzięki któremu Brytyjka trafiła na szczyty list przebojów. Nie wspominając o tym, że to wytwórnia zafundowała jej lekcje śpiewu i tańca.

Jednak już wtedy Kate dawała się we znaki muzycznym bossom. To ona uparła się, żeby pierwszym singlem był "Wuthering Heights", a nie bardziej klasyczny rockowy "James and the Cold Gun". To był strzał w dziesiątkę, ale i początek walki o swoje. Kiedy koncern zwęszył żyłę złota, zmusił artystkę do pośpiesznego nagrania drugiej płyty, chcąc pójść za ciosem. Tak powstał "Lionheart" wydany zaledwie pół roku po "The Kick Inside". Tego było za wiele. Bush uległa po raz pierwszy i ostatni w karierze. Powołała do życia firmę Kate Bush Music i management Novarcia, mający dbać o jej interesy – jego zarząd obsadziła najbliższą rodziną. Zainwestowała też w swoje własne domowe studio zapewniające niezależność artystyczną. Kolejne płyty nagrywała już na własny rachunek, udzielając jedynie licencji EMI.

Kobieta, która spadła na ziemię

Choć Kate Bush stanęła na czele mentalnej rewolucji, trzeba pamiętać, że był to tylko środek do celu. Najważniejsza jest przecież muzyka. Kate wywalczyła dla kobiet wolność artystyczną, ale co ważniejsze – ona potrafiła również z niej korzystać, wprowadzając zupełnie nowe standardy tworzenia muzyki. Wystarczy wspomnieć o płycie "The Dreaming". Mało kto dziś pamięta ten eksperymentalny album z 1982 roku pałętający się w cieniu swego następcy, wydanego trzy lata później "Hounds Of Love", uważanego za opus magnum Brytyjki. Tymczasem z perspektywy czasu "The Dreaming" jawi się jako dzieło wyprzedzające swoją epokę o co najmniej dekadę. "Kate Bush jako jedna z pierwszych artystek wykorzystywała na nim nowatorską wówczas technikę samplingu, tworząc gęstą mozaikę z elektronicznych brzmień i egzotycznych instrumentów (m.in. didgeridoo), która wyprzedzała swoje czasy o dobrych parę lat" – podsumowuje Kulka.

Pani reżyser

Oczywiście można się zżymać, że jej nowa płyta "Director’s Cut" to odgrzewane kotlety dla najwierniejszych fanów. Bo oto symbol artystycznych poszukiwań, kobieta, która nigdy nie patrzy w przeszłość, wydaje album pełen starych piosenek z dwóch płyt wydanych 20 lat temu, w dodatku przez wielu fanów uznawanych za najsłabsze w jej karierze: "Sensual World" (1989) i "The Red Shoes" (1993) – z nagranymi na nowo wokalami, odświeżonymi aranżami i częściowo zmienionymi tekstami. Słychać, że te kompozycje są nie na czasie. Brzmienia z lat 80. mieszają się z nowoczesną produkcją i trudno nie odnieść wrażenia, że to zbiór zupełnie różnych piosenek wrzuconych do jednego worka. Słychać, że to muzyka kogoś, kto nie trzyma ręki na pulsie muzycznych trendów. Gaba Kulka broni Bush: "Jej twórczość nigdy nie będzie anachroniczna właśnie z tego względu, że nigdy nie należała do żadnego stylu i mody. Dlatego jej kompozycje po latach wydają się równie świeże co w dniu premiery".

Jednego nie sposób odmówić artystce, że wciąż pozostaje wierna wyłącznie sobie. Poza tym Bush nieraz już pokazała, że potrafi zaskakiwać i niewykluczone, że najnowsza płyta jest jedynie zmyłką. Miesiąc temu artystka potwierdziła, że nagrała już piosenki na kolejną autorską płytę, choć oczywiście nie zdradziła, kiedy ujrzą one światło dzienne.

KATE BUSH | Director’s Cut | EMI Music