Sława nie za wszelką cenę

Ich debiut sprzedał się w Stanach w 10 milionach egzemplarzy. Jedenaście razy byli nominowani do Grammy. Już w 1993 roku lider zespołu Eddie Vedder znalazł się na okładce magazynu "Time" – jego zdjęcie było ilustracją do tekstu o sile grunge. Rok później magazyn "Rolling Stone" uznał Veddera za najlepszego artystę roku, najlepszego wokalistę, nadzieję 1994 roku, najlepszego autora tekstów, za męski symbol seksu, a Pearl Jam za najlepszy zespół. W zeszłym roku wydali swój ostatni dziewiąty, znakomity album "Backspacer". Płyta znalazła się na pierwszym miejscu listy sprzedaży "Billboardu".

Sukces osiągnęli, w zasadzie unikając mediów, bo przede wszystkim chcą być synonimem alternatywy w muzyce. Na początku nie można było zobaczyć ich w MTV, przez pierwszych kilka lat działalności nagrali tylko jeden teledysk ("Jeremy"). Niemal nie udzielali wywiadów – tak bardzo trzymali się tej zasady, że w 1994 r. za nadmierne pokazywanie się w mediach i balangi z zespołu wyrzucono perkusistę Dave’a Abbruzzese’a.

Kiedy w 1996 roku wydali płytę "No Code", nie zgodzili się nawet na wydrukowanie nazwy na okładce. Nie nakręcili też do płyty żadnego wideoklipu.


Fani są ważniejsi od pieniędzy

Czy to możliwe, że gwiazdy rocka naprawdę w to wierzą? Pearl Jam przynajmniej próbują. Największe działa przeciw establishmentowi wyciągnęli w 1994 roku. Monopolistę w sprzedaży biletów Ticketmaster oskarżali o sztuczne zawyżanie cen biletów. Firma miała podpisane umowy z największymi stadionami w USA. Dlatego zespół, wchodząc z nimi w wojnę, zablokował sobie możliwość dużych koncertów. Za to zagrali na wielu charytatywnych imprezach, popierając na przykład akcję Rock For Choice na rzecz prawa do aborcji.

Dowodem, że fani zawsze byli dla nich ważni, jest też wydawanie dla członków fanklubu singli noworocznych. Rejestrowali też swoje koncerty i wydawali je w formie oficjalnych bootlegów.

Nie warto zmieniać upodobań

Pearl Jam pozostali jedynym wyrosłym z grunge zespołem, który nie wyzbył się swoich ideałów. W przeciwieństwie do Chrisa Cornella z Soundgarden, który skręcił w żenujące popowe rejony.

Zespół z boku swojej grunge’owej kariery realizował się też kolaboracjami i muzyką filmową. Współpracowali z Neilem Youngiem – nagrali z nim płytę "Mirrorball". Skomponowali piosenki do filmów "Judgement Night" i "Big Fish". Sam Vedder wziął udział w nagrywaniu ścieżki dźwiękowej do filmu Tima Robbinsa "Przed egzekucją". Ostatnia dekada to kolejne kolaboracje Veddera z kinem (dostał Złoty Glob za "Into the Wild" w reżyserii Seana Penna), jego solowe akustyczne koncerty i ciągłe charytatywne granie Pearl Jam, m.in. na rzecz ofiar huraganu "Katrina".


Mainstream na własnych zasadach

Nigdy nie czuli się dobrze we współczesnym muzycznym światku. Trochę się mu poddają, ale wciąż na swoich zasadach. Do promocji singla "The Fixer" z ostatniego krążka "Backspacer" nakręcili klip. Wideo zrealizowali jednak w mało praktykowanej obecnie koncertowej formie.

Najnowszy album "Live on Ten Legs" zbierający numery Pearl Jam z całego okresu ich działalności to niby the best of, ale też na ich zasadach. Znalazły się tu znakomite numery "Jeremy" i "Alive" z ich debiutu "Ten". Późniejsze "Animal" i "In Hiding" czy "Just Breathe" z ostatniej płyty. Brakuje wśród nich jednak wielu przebojów, na przykład "Do the Evolution" albo "Daughter"”. Ale to nie hity tworzyły historię Pearl Jam, lecz ich upór w graniu tego, na co mają ochotę.