Wracasz do roku 1980, czyli do premiery debiutanckiego utworu Spandau Ballet "To Cut a Long Story Short"?
Martin Kemp: Wydaje się, jakby to było wczoraj. Minęło jak jeden dzień, a przecież tyle się wydarzyło. Czy wracam? Rzadko. Staram się nie rozklejać, a musisz wiedzieć, że tego typu wspominki to najgorsze, co może zrobić podstarzały niespełniony gwiazdor. Nie ma nic bardziej nieznośnego od rozczulającego się nad sobą muzyka przemielonego i wyplutego przez show-biznes.

Żadnych sentymentów?
Raczej nie. Współtworzyłem jeden z kultowych zespołów ery new romantic, zwiedziłem świat, bawiłem się z najważniejszymi osobistościami świata sztuki i polityki. Co mogę powiedzieć, było nieźle. Na szczęście mam też na koncie kilka hitów, kilka niezłych ról filmowych, na półkach stoją nagrody i trofea. Moja próżność została zaspokojona. Jasne, zawsze można chcieć więcej, ale możemy mieć tylko do siebie pretensje, że nam nie wyszło. Zespół Spandau Ballet nie przetrwał próby czasu i trudno ocenić dlaczego. Każdy z nas miał swoje racje, ale teraz to bez znaczenia. Niewiele brakowało, a wyszlibyśmy z kryzysu pod koniec lat 80. Nie udało nam się jednak porozumieć. Mnie po latach bardziej frapuje nie to, że zespół zakończył działalność, lecz to, że na fali sporów i kłótni nie rozmawiałem z chłopakami przez prawie 15 lat. Jak to możliwe?

Bo przecież dorastaliście razem.
Byli najbliższą mi rodziną. Na rozpad zespołu patrzyłem tak, jak patrzy się na rozwód rodziców. Nie chcesz zajmować stanowiska, bo kochasz obydwie strony, ale masz też swoją dumę. Czujesz się oszukany. Na pewno niepotrzebnie wymagałem od innych, że będą zabiegać o moją przychylność. W takich sytuacjach jeśli chcesz dojść do porozumienia, chowasz dumę do kieszeni. Inaczej na koniec zostajesz sam z prawnikiem i rachunkami do zapłacenia.

Zostałeś z bratem, z którym zakładałeś Spandau Ballet.
To nie było takie proste. Ze starszym bratem łączy mnie wspólne dzieciństwo i doświadczenia. Więzi krwi, których nic nie podważy. Odkąd skończyłem 14 lat, byliśmy nierozłączni, zabierał mnie ze sobą wszędzie. To on wciągnął mnie do swojego pierwszego zespołu, który wówczas nazywał się The Gentry. Zawsze był bardzo lojalny, ale też wymagający – by stanąć z nimi w studiu, musiałem nauczyć się grać na gitarze basowej w trzy miesiące. Przez całe życie byłem bardzo wdzięczny Gary'emu, ale w pewnym momencie chciałem udowodnić, że jestem równie dojrzały jak starszy brat i po prostu niezależny. To typowe, chcesz pokazać, na co cię stać. Stajesz się mężczyzną i wydaje ci się, że sam wiesz, co dla ciebie jest najlepsze. Nie chciałem, by brat mnie chronił przed dorosłym życiem czy wpływem innych. Pragnąłem pokazać, że umiem sam podejmować decyzje i dokonywać wyborów. Po latach wiem, że pewne rzeczy robiłem wbrew sobie i innym tylko po to, by zamanifestować swoją autonomię. Ale taka była moja droga i już. Z bratem, pomimo różnicy zdań w wielu kwestiach i bolesnych zakrętów, nigdy nie zerwaliśmy więzi i, co najważniejsze, chcieliśmy sobie wybaczyć. Żałuję straconych lat, kiedy nie utrzymywałem kontaktów z chłopakami z zespołu. To jest nie do nadrobienia.

Co pomyślałeś, gdy usłyszałeś o pomyśle zrealizowana filmu o waszym zespole? Od wielu lat nie rozmawialiście ze sobą, choć po drodze przydarzyła wam się płyta "Once More" w 2009 roku, ale projekt "Soul Boys of the Western World" wymagał od was chyba powiedzenia kilka razy "przepraszam".
Byłem przerażony. I ciekawy. Mimo tego, że od rozstania nasze drogi krzyżowały się wielokrotnie, nigdy nie wyjaśniliśmy sobie przyczyn rozpadu Spandau Ballet. Może cię zdziwię – choć film dokumentalny sprawił, że się przełamaliśmy: zaczęliśmy spędzać ze sobą czas i rozmawiać o genezie konfliktów, nigdy nie padło ani jedno "przepraszam". Nikt nie wymagał tego od nikogo. Po latach nie wiadomo już za bardzo, o co poszło i kto zawinił. Pierwsze spotkanie na potrzeby filmu wyglądało wspaniale, usiedliśmy w jednym pokoju, by pogadać o planach produkcyjnych, ale zamiast o filmie rozmawialiśmy o wszystkim tylko nie o kinie. Było niemal tak, jakbyśmy rozstali się przedwczoraj. Ktoś opowiedział dowcip, ktoś skoczył po piwko, ktoś inny miał coś do palenia. Było normalnie. Mieliśmy wiele do nadrobienia. Wyszliśmy z tego pierwszego spotkania z poczuciem, że nikt nikogo nie wini, nie chowa urazy.

Tęsknisz za atmosferą lat 80.?
Brakuje mi czynnego grania w zespole, pewnego stylu życia. Brakuje mi takich inicjatyw, jak Live Aid, które solidaryzowały środowisko muzyczne i widzów. Wreszcie, tęsknię za przyjaciółmi – mam wrażenie, że lata 80. pod tym względem były szczególne. Nie było antagonizmów między zespołami, nikt z nimi nie konkurował, nie ścigał się na lepsze przeboje. Zdarzało się, że po koncercie ktoś komuś dał w pysk, ale zawsze chodziło o pryncypia, a nie lepsze riffy. Potem i tak wszyscy szliśmy na piwo i było po kłopocie. Jeśli już wspominamy, to mogę powiedzieć, że chyba najbliżej nam było do zespołu Duran Duran. Z nimi najlepiej się grało i imprezowało. Zdarzało się, że z chłopakami z Duran Duran wymienialiśmy się ciuchami. To, co oni wkładali na koncerty i do teledysków, my bez poczucia obciachu nosiliśmy na co dzień.

Czyli mody też ci brakuje?
Co uchodziło wtedy, dziś byłoby nie do przyjęcia. Bardzo mi odpowiadała moda lat 80., gdybym jednak zachował swój sceniczny wizerunek do dzisiaj, pewnie wyglądałbym jak małpa. Nie chcę parodiować samego siebie sprzed lat. I tak pozwalam sobie na więcej niż mój kuzyn, który jest księgowym. Powracając do pytania o modę, myślę że scena muzyczna była o wiele ciekawsza niż teraz. To jak wyglądałeś było nie mniej ważne niż to jak grałeś. Obecnie sztab specjalistów pracuje nad wyglądem gwiazd, ale to nie to samo. Brakuje prawdziwej zabawy, szaleństwa, radości z bycia na scenie, przeważa wyrachowanie, chęć szokowania. Wszystko jest za bardzo wykalkulowane. Nie ma takich osobowości, jak Freddie Mercury. Nie czuło się fałszu, gdy wchodził na scenę, nie udawał kogoś, kim nie jest. Był sobą.

Pomimo różnych doświadczeń nie zrezygnowałeś z show-biznesu, ale w pewnym momencie muzykę zastąpił film.
Kino, ale też telewizja, upomniały się o mnie i brata. To było szalenie miłe, tym bardziej że nie zabiegaliśmy o ten rodzaj popularności. Nie zrobiliśmy wielkich aktorskich karier, ale zagraliśmy w kilku cenionych filmach. Dzięki aktorstwu nie powariowaliśmy.

Aktorstwo wypełniło lukę?
Tak, bardzo szczelnie. Kiedy przestałem grać w zespole, przez długi czas brałem różne fuchy, bo nie chciałem stracić kontaktu ze sceną, z muzyką, ze studiem. Ale to była namiastka tego, co robiłem wcześniej. Nie przynosiło mi to większej satysfakcji. Film nie imitował muzyki, był nową dziedziną, gdzie musiałem zbudować swoją pozycję od początku. Kino pozwoliło mi na funkcjonowanie w branży, ale nie odcinałem kuponów od muzycznych sukcesów – tutaj musiałem sprawdzić się na nowo. Pierwszej pochlebnej recenzji mojej roli towarzyszyły emocje większe niż pierwszemu koncertowi. Gdybym nie sprawdził się na tym polu, nie wiem, co by mi zostało.