MARCIN CICHOŃSKI: Tytuł płyty to "AŁA.". Co cię tak strasznie boli i uwiera? Wyrzuciłeś z siebie wszystkie bóle i frustracje?

TEN TYP MES: W dużej mierze tak. Ale zwróć uwagę, że po "ała" jest kropka – wyraz akceptacji tego, że rzeczywistość niekoniecznie da się kontrolować. Że niektóre rzeczy mogą się skasztanić. To nie jest buntownicze "ała", na zasadzie och, to się w głowie nie mieści, trzeba to natychmiast zburzyć. Ja tego bardzo nie lubię. Wielokrotnie zdarzało mi się polemizować z buntem, już miałem taki wers wiele lat temu, że bunt nie chce rozwiązań. To jest przygotowanie do tego, że wiele słabych rzeczy trzeba będzie zaakceptować.

…słabych, czyli jakich?

W skali mikro to są na przykład ludzie, którzy odchodzą, wymiksowują się z twojego życia. To znajomi, którzy wydawali się bezinteresowni i lojalni, ale nawalili. To sytuacje, w których zawodzą bliscy. Trudniej to znieść niż fakt, że masz jakiegoś hejtera. Tego akurat łatwo obśmiać, oswoić. Wyobrażasz sobie gościa, który hejtem karmi swój dzień, swój kwadrans, sekundę swojego życia. Przecież nie wszyscy muszą cię lubić. Jak ma się w głowie blaszkę wziętą nie od ludzi, którzy cię cenią (Piotr został przed laty bardzo ciężko pobity przez "miłośników prawdziwego hip-hopu", efektem czego była hospitalizacja i widoczna do dziś spora blizna na głowie – przypisek redakcji), to trochę łatwiej te powierzchowne kryzysy przetrwać. Prawdziwe "ała" jest wtedy, kiedy cios wymierza bliska osoba.

A skala makro?

To wynika ze zmiany, jaka się dokonała od poprzedniej płyty. Kiedy robiliśmy "Trzeba było zostać dresiarzem", zewsząd powtarzano mi (głównie w mediach), że oto nastał straszliwy kryzys, że posypał się system kredytowo-bankowo-życiowy. Amerykanie nawet zrobili o tym wspaniałe filmy. Tymczasem w latach 2012-13 i częściowo też w 2014, kiedy powstawała moja poprzednia płyta, absolutnie nie było tego widać. Patrzyłem na znajomych - żaden z nich nie został na lodzie, żaden nie stracił pracy. Jeździłem po Polsce i nikt nie skarżył się: mój stary nagle stracił robotę, więc sorry Mes, ale musiałem ukraść wszystkie twoje płyty. Absolutnie nic takiego nie widziałem. Widziałem za to świetny czas dla Polski. Do tego doszło Euro, kiedy trudno się było nie zarazić entuzjazmem. Pamiętam, jak bodajże w 1997 roku do mojej podstawówki przyjechali uczniowie z Holandii. Pytali, czy mamy bieżącą wodę i telefon. A w 2012 zjechało mnóstwo kibiców, którzy po prostu łazili sobie po mieście, chwalili żarcie i obsługę. I zauważali, że większość rzeczy jednak działa. Kurcze, naprawdę zajarałem się wtedy rzeczywistością.

A co się dzieje teraz?

Mamy czas zarządzania strachem – w Polsce, w Europie, w ogóle na świecie. A obrus zarzucony na drzemiące w człowieku zło jest jednak cieniutki. I wielką sztuką, wymagającą pracy – również mojej, jako członka społeczeństwa – jest dbanie, by on się nie zsunął. Bo wtedy zacznie się bardzo konkretny bałagan.

Ten obrus już się zsunął czy jeszcze się trzyma?

Trzyma się, ale zaczynamy go szarpać. Niewielkie przyzwolenie wystarczy, by zło wyszło z człowieka. Na zasadzie: "to w sumie nie jest takie złe", "wiesz, pewnie nic się w sumie nie wydarzy". Bo co wielkiego się wydarzy, kiedy coś tam w tramwaju komuś powiesz, pogrozisz, i nikt nie zareaguje. I ten brak reakcji staje się powszechny. A to zło właśnie wtedy przeciera kolejną szczelinę.

Demony zostały uwolnione. Z czym to wiążesz?

Dużo obserwuję, bo dużo jeżdżę po kraju. I dlatego czuję się kompetentny, by mówić o demonach społecznych. Jestem członkiem raczej lewej strony tego społeczeństwa, bo tam najprędzej stanie artysta. Może moje analizy gospodarcze są domorosłe i niekompetentne, ale o sprawach społecznych mogę coś powiedzieć. Ze dwa lata temu przy barze pewien nastolatek zaczął mnie pouczać na temat historii Polski i Ukrainy. Zdziwiło mnie po pierwsze jego zainteresowanie sprawą, a po drugie to, w jak pewny siebie sposób o tym mówił. Tłumaczył mi, jak to Ukraińcy nas przegonili, jaki to jest w związku z tym naród. Mówił językiem 1945 roku, dla mnie bardzo zaskakującym.

Widziałeś "Wołyń". Tam pada takie zdanie o konieczności wymordowania innych, bo oni w trzecim, czwartym pokoleniu podniosą siekiery i kosy. I dlatego trzeba ich, tych obcych, zabić. O przebudzeniu takich demonów mówisz?

Budzą się demony, które biorą się z połączenia nudy i ideologii. Bez względu na to, jakiej. Przykład: idę do znajomych wegan na urodziny, w knajpie zamawiam smalec. I ci ludzie, chociaż są wykształceni znacznie lepiej niż ja, oczytani i teoretycznie rozumiejący złożoność świata, patrzą na mnie z potępieniem, a część z nich przestaje ze mną rozmawiać. Dlatego, że zobaczyła, jak wpierdalam smalec. Dla nich obrona zwierząt stała się na tyle istotna, że przeszkadza im porozmawiać z drugim człowiekiem, przedstawicielem ich własnego gatunku. Tylko dlatego, że on myśli trochę inaczej. Nawet jeśli w innych kwestiach się zgadzamy. Ale nuda i ideologia pojawia się też po drugiej stronie. Jest znudzony człowiek, który musi zagospodarować swoją wiarę, moc, mięśnie. Nie idzie już do wojska, nie ma gdzie popisać się sprawnością fizyczną. Ta pustka, która rodzi się w głowie, kiedy za długo leżysz i patrzysz w sufit, domaga się wypełnienia. I pojawiają się strachy, podsuwane przez ideologię. I myślenie, że być może to jest czyjaś wina, że moje życie nie jest takie, jakiego bym chciał. Czyjaś, nie moja.

Tak widzisz narodziny radykalizmu? Tego się najbardziej boisz teraz?

Tak!

Ale z tej nudy rodzą się też inne zjawiska, ruchy miejskie, oddolne inicjatywy.

To dobrze, że druga strona nie jest bierna. Że naprzeciw agresywnej stronie jedynie słusznych poglądów nie stoją milczący ludzie. Pytanie, jak oni zostaną zagospodarowani, czy wytrwają. Szereg znaków zapytania się tu pojawia.

Jak tak Cię słucham – teraz i na płycie – mam wrażenie, że budujesz obraz postaci, która nie do końca sobie radzi z tym, kim się stała.

(w tym momencie Ten Typ Mes wybucha gromkim śmiechem)

Ja jestem z siebie wiecznie niezadowolony i bardzo wobec siebie wymagający. Ale nie czuję się zagubiony, nie jest tak, że nie wiem czego chcę, w co wierzę, jakie wartości powinienem wyznawać. Mam bardzo sztywny kręgosłup moralny – pewne rzeczy u mnie przejdą, inne absolutnie nie. Swój moralny kompas ustawiam tak jak chcę, tak jak mnie wychowano. Świat, w którym żyję i wartości, które te świat wyznaje, zadziwiają mnie i smucą, przez nie wzdycham "ała".

A jak się do tego ma popularność?

Nie kryję się za drzwiami backstage’u, by dopuszczać do siebie tylko zwolenników. Mamy taką zasadę, że zawsze po koncercie wychodzimy do ludzi, opuszczamy strefę „VIP/Zespół” i idziemy rozmawiać, słuchać. Często zostaję z tymi ludźmi sam. To mnie w tym zawodzie cieszy. Ludzie, którzy są na koncercie i trochę osaczają, nie irytują mnie. To może wyczerpać, ale nie zirytować.

Nawet jak ci mówią, że ja to pana nie do końca…

Ja siebie też nie do końca, więc nie ma z tym żadnego problemu. Są ludzie, którzy mają lepszy pomysł na to, co ja mógłbym zrobić i jak to powinno wyglądać. Ale takie rozmowy są raczej śmieszne niż dramatyczne.

To, że z Kortezem rozumiecie się dobrze, było widać już na jego płycie "Bumerang" – napisałeś tam teksty. On teraz napisał ci muzykę. Jak wygląda twój przelot z nim – pracujecie w studiu, korespondencyjnie?

I tak, i tak. Żeby napisać tekst Kortezowi – ale nie tylko jemu – najlepiej jest zrobić z nim piwko, porozmawiać, popytać, na jakim etapie życia jest. Wydaje się, że akurat on jest na fali wznoszącej, jest popularny. Dopóki z nim nie porozmawiam, nie dowiem się, że ma jakiś problem, i że chodzi o to i o to. Moją rolą jest wybadać, czy można o tym napisać piosenkę. Kiedy mailem dostanę muzykę, wtedy – w jego imieniu - opowiadam.

Takie wchodzenie w czyjeś buty jest wiarygodne?

Tylko to ma sens! Ja nie chcę, żeby świat się składał tylko i wyłącznie z artystów, którzy wyśpiewują farmazony, co do których nie mają przekonania. Chcę by to było szyte na miarę. W drugą stronę to zadziałało tak, że ja Kortezowi powiedziałem, że na tej płycie spełniam marzenia, bo już nie muszę nikomu niczego udowadniać. I w jego studiu wyznałem mu, że kocham te pieprzone organy Rhodesa. I on mnie przy nich uczył kompozycji. Trzeba się poznać trochę i zrozumieć własne potrzeby, żeby to miało sens.

Kortez spadł polskiej branży z nieba – trochę ten system porozwalał.

Trochę przywódców mogłoby na tej zasadzie światu spaść z nieba. Mniej nam potrzeba graczy, a więcej ludzi, którzy mają w dupie to, co się o nich powie.

A skąd niechęć mainstreamowych mediów do takich ludzi jak wy?

To raczej wynik przejęcia władzy przez „grupy badanych”. Tak to wygląda, kiedy decyzje o tym, czy puszczać dany utwór w radiu, program w telewizji, czy zrobić reklamę tak albo inaczej, uzależnimy od tego, „ilu się to podoba na sto w danej grupie wiekowej”. Bada się, czy oni mają hajs, a nie, czy mają kompetencje do dokonywania wyborów. Nie wiem, kto wprowadził taki mechanizm, więc nie wiem, na kogo napisać protestsong (śmiech).

A ktoś cię próbował wciągać do reklamy?

Nie, ale ja też nie byłem zainteresowany. Czasem uczestniczyłem w barterowych sytuacjach, by mieć dodatkowe 10 tysięcy na klip w zamian za sensowny product placement.

Skąd na Twojej płycie wziął się Dawid Podsiadło?

Stąd że osobowość ze świetnym gardłem zdarza się bardzo rzadko. Zwrócił moją uwagę szczególnie ostatnią płytą, swoimi tekstami, teledyskami, tym, że ma poglądy. Polski wokalista muzyki popularnej ma poglądy – wyobrażasz sobie coś takiego?

Utwór „Mój terapeuta” bardzo mnie zaskoczył. Opowiadasz o ludzkich, dokładnie o swoich słabościach. Ja chyba nie potrafiłbym z taką lekkością opowiedzieć o tych sprawach. Nie boisz się, że pokazujesz się światu jako ktoś słaby?

Przede wszystkim polecam terapię. I ta poprzednia, i ta, w trakcie której jestem, nie potwierdziły mojego alkoholizmu…

???

Nie zostałem też zdiagnozowany jako schizofrenik. A co do utworu, to nie chodzi w nim o obnażanie się, a raczej o pokazanie tym, którzy może wstydzą się pójść na terapię, że to nie jest rzecz tylko dla stwierdzonych szaleńców. Tu chodzi o pracę nad sobą.

Myślisz, że polscy terapeuci są przygotowani do tak skomplikowanych czasów? Że ich to nie przerasta?

Ważne dla mnie jest, żeby terapeuta miał jeszcze jakieś inne uprawnienia. Żeby to był na przykład socjolog albo lekarz medycyny jak najbardziej tradycyjnej. I żeby nie był zafiksowany wyłącznie na terapię i do tego był bardzo młody. To trochę jak z muzyką – najmniej interesuje mnie raper, który nie wykracza poza ramy gatunku. Dlatego trzeba sobie terapeutę uszyć na miarę. Ksiądz jest jeden i ma te same sakramenty i patenty od tysięcy lat. A psychoterapia się rozwija. Ale odradzam coachów, marzycieli, którzy nauczają innych ludzi, jak osiągnąć sukces, podczas gdy sami nie potrafią udokumentować żadnych swoich sukcesów zawodowych.

Po co Ci terapia?

Żeby się mniej przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu. I żeby pewne rzeczy przepracować. Ani ja, ani ty nie jesteśmy wyjątkowi. Przed nami tysiące nam podobnych zmagało się z podobnymi problemami. Zostali spisani i poklasyfikowani. Bandy specjalistów wykryły, że np."jest taka prawidłowość, że jak ktoś ma fatalne relacje z ojcem, to może uleczy go to, że…" .
Bo dla osiemdziesięciu procent z miliona ludzi to świetnie zadziałało. Inna sprawa, że my, szukając swojego miejsca na świecie, te problemy bagatelizujemy.

Sam doskonale wiesz, że zawsze będzie grupa ludzi, dla której te bebechy się nie liczą. Oni słuchają tego, co serwuje im radio.

Wystarczyłoby zaryzykować i przestać słuchać badań. Zaryzykowali ci, którzy robili disco-polo. Byli odważni, bo zorientowali się, że wielu z wypierających się tej muzyki, robi to ze wstydu. A rzeczywistość jest inna.

Niejednokrotnie mi mówiłeś, że spoglądasz na scenę disco-polo i obserwujesz zmiany. Co cię w tej scenie fascynuje?

Chcę na jak największej liczbie płaszczyzn rozumieć kraj, w którym mieszkam. Nie mówię, że mi się to podoba, ale chcę o tym wiedzieć.

Mówiłeś o zmianie w tekstach - tym, że wyszły z getta 30 słów, wśród których jest miłość, majtki, stanik. To znaczy, że Ty tego rzeczywiście słuchasz.

Nie aż tak (śmiech). Jak podróżujesz po kraju, to śpisz w hotelach. W hotelach jest telewizor, a nim cztery stacje, jedna z nich to polo TV. I koniec końców trafiasz na to. Wystarczy kwadrans choćby raz na tydzień, żeby zrozumieć, że to jest coś zupełnie innego niż jeszcze dwa lata temu. Inne są teksty – więcej w nich żartów, drugiego dna, seksu podawanego już nie jako romantyczna miłość – typu "żono moja" - ale pojawiają się wręcz trójkąty, orgie. Bez żenady są teksty o używkach – to się zmienia. Ale uwierz mi - żeby to zaobserwować, nie trzeba dużo czasu.

A ostracyzm? Za każdym razem kiedy dziennikarz zaprosi do swego programu lub na łamy swego portalu gwiazdę disco-polo i to bez względu na to, czy to jest legendarny Zenek, czy ktoś mniej znany, dostaje po głowie od kolegów po fachu. Gdybyś był dziennikarzem i miał swój program, zaprosiłbyś Zenka?

Proste, że tak! Przede wszystkim po to, żeby spróbować zrozumieć, co w oczach słuchaczy czyni go wyjątkowym. Dla wielu ludzi w Polsce on jest numerem jeden, po którym długo nie ma nic. Byłem na koncercie Zenka i bardzo sobie to chwalę.

Zrozumiałeś fenomen?

Nie do końca (śmiech), ale ciągle się staram.

Bardzo dużo swojej energii poświęcasz na pozytywne myślenie. Afirmujesz życie, zachęcasz do aktywności, otwartości na ludzi. Wymyślasz akcję „wyloguj się do życia”, masz Alkopoligamię, pokazujesz w niej, że można lubić hip-hop i ubierać się nieszablonowo. Nie interesuje cię sława w sensie celebryckim, ale bardzo chciałbyś mocno istnieć. Jak to wszystko pogodzić, Panie Piotrze?

Nie interesuje mnie popularność ani sława. Interesuje mnie chwała. Mimo dalece posuniętego ateizmu i braku wiary w życie pozagrobowe uważam, że bardzo ważne jest, czy swemu nazwisku robisz przypał i mimo to zgarniasz pieniądze i popularność, czy jednak zostawiasz je kojarzone z czymś przynajmniej rzetelnym.