MARCIN CICHOŃSKI: Wiecie, że wystawiacie na ciężką próbę fanów, prawda?

ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Mówisz zupełnie jak mój tata.

JAKUB KAWALEC: Ja kompletnie tego nie czuję. Płyta „Jakby nie było jutra” mimo trudności tego materiału, inności od poprzednich rzeczy, była bardzo dobrze przyjęta. Jesteśmy świadomi tego, że ludzie przyjęli te zmiany…

…wchodzę od razu w słowo, bo mam wrażenie, że wiele osób uważało wtedy, że to jednorazowa historia. A teraz nie dość, że się powtarza, to jeszcze jest to takie zdrowe pieprznięcie smutkiem po głowie.

JK: To kwestia interpretacji. Wydaje mi się, że jeśli ktoś usłyszał „Jakby nie było jutra” to wiedział, że teraz zespół stać na wszystko. Wydając tamten album pootwieraliśmy sobie wiele możliwości i zdjęliśmy z siebie ciężar kapeli, która jest „mało dorosła” albo „mniej ambitna”. I wydawało mi się, że będziemy mogli sobie poszaleć przy następnych płytach. Wydając „Ciało obce” czuję radość, że nie musimy się już niczego bać i wstydzić.

Słuchając tej płyty ciężko stwierdzić, że czujesz radość.

(śmiech)
JK: To też nie tak do końca. Wiem, jaką płyta jest, ale kiedy dookoła słyszę, jaka to ona jest smutna i staram się porównać ją do naprawdę smutnych płyt, które w życiu słyszałem, to „Ciało obce” jawi się przy nich spokojny domek na wsi. Jest gęsta emocjonalnie, są różnice temperamentów. Dla mnie smutne płyty to ostatni album Nicka Cave’a, „OK. Computer” albo „CloserJoy Division. Tam nie wychodzimy poza dół emocjonalny. A tu są nagrania takie jak „Dłoń” czy „Czwarty dzień”. Nigdy, tak prawdę powiedziawszy, nie byliśmy specjalistami od wesołej muzyki – może ona była w formie taka bardziej przystępna, a tu tak dokopaliśmy…

Jakoś to może nie zostało zauważone…

ŁC: Mam wrażenie, że poprzednia płyta była bardziej smutna, mniej gitarowa i przez to było takie jej brzmienie. Tam były takie utwory jak „Do szczęścia”, „Ten dzień” – ponure klimaty z melorecytacją. Cieszyłem się, że robimy krok, którym trochę zamazujemy to, co było i wchodzimy na nową ścieżkę.

JK (wtrącając):… a Łukasz zawsze miał wątpliwości typu „czy to nie jest za poważne”.

ŁC: Nawet myślałem sobie, że nie przyjmie się taki utwór jak „Lista życzeń”. Bałem się, że tamten materiał nie będzie w żadnej mierze koncertowy, że jest to tak introwertyczne, tak o wnętrzu, że ciężko się komukolwiek z tym utożsamiać.
Ciało obce” to płyta rockowa, gitarowa, jest na niej pełno przesterów. W każdym numerze jest melodia wpadająca w ucho i przyswajalna. Zupełnie inaczej odbieram ją od poprzedniej. Dlatego, kiedy znajomi pytali mnie przed wydaniem „Ciała Obcego”: jaka będzie ta płyta odpowiadałem, że „gitarowa i łatwo przyswajalna”.

JK: Przez całą naszą działalność słyszeliśmy raczej, że nasz piosenki są pozytywne i wesołe, choć my sami mieliśmy wrażenie, że one są smutne. A teraz jest odwrotnie. No przecież nowe nagrania nie są aż tak przygnębiające! Zakładam, że to jest koncertowy materiał, który będzie nam się dobrze grało. Od pewnego czasu podkreślam też, że jesteśmy w dobrej formie muzycznej i towarzyskiej. Oczywiście mamy jakieś ludzkie problemy, ale potrafimy je z siebie wywalić na scenie. Jest to nawet w pewien sposób oczyszczające, do tego stopnia, że już tych koncertów nie możemy się doczekać. Wreszcie będzie można to wszystko wywalić i wydrzeć się.
Dla nas jest to emocjonalnie trudna płyta. Zaczęliśmy sobie też uzmysławiać, że choć każda piosenka jest osobną historią, to jak zlepiły się w całość, uzyskały studyjną jakość i kolejność i zostały podane na tacy razem mogą stanowić trudne do przyjęcia danie. Może zadziałała tu suma wszystkich nieszczęść, a jak będzie serwowana w kawałkach będzie łatwiejsza do przyjęcia. Usłyszałem, że ta płyta jest ponura. Ponurak to dla mnie ktoś, kto siedzi w ostatniej ławce i nie ma przyjaciół.

ŁC: Michał Wardzała, właściciel Mystic, napisał nam po zapoznaniu „widać, że trudniejsza i ambitniejsza płyta i trzeba z nią posiedzieć”, a ja na to powiedziałem: „o kurwa, czemu…”.

Co się zmieniło w zespole podczas pracy nad płytą. Kto rzucał pomysły, kto je przejmował?

JK: Ważną rolę odegrali Maciek i Michał. Do tej pory ciężar kompozytorski rozkładał się na cztery osoby, choć bywało i tak, że ja przynosiłem jakąś piosenkę i wtedy to nad nią bardziej pracowałem. W 2013 roku zaprosiliśmy Maćka Ramisza na nasz obóz kompozycyjny i nagle stwierdziliśmy, że ten jeden facet tak poszerza brzmienie, jakby tu przyszło pół zespołu. Michał Bąk z kolei wykorzystuje saksofon tak, jakby to nie był instrument, tylko było to zwierzę. Temperament i pomysły chłopaków zainspirowały nas. I oni przynieśli sporo pomysłów, od których się zaczynało. Na przykład „Heroina” to jest temat, który podał Michał Bąk. Ten materiał zaczął się robić w 2014 roku, na naszym obozie kompozytorskim i powstawał w tempie szybkim, mieliśmy strukturę „zwrotka-refren” i wiedzieliśmy, że pójdzie to w dobrą stronę. Do tego przesiąkliśmy klimatem własnych przeżyć, klimatem tego kraju.
Płyta powstała jako zbieg wielu zdarzeń, z ogromną energią.
Wiem, że milion razy czytałem wywiady z zespołami, w których padało hasło: to cudowna płyta, świetnie się nam nad nią pracowało. Albo pytają boksera przed walką: jak tam przygotowanie, a on na to „obóz przygotowawczy przebiegł fantastycznie, jestem świetnie przysposobiony do walki”…

… a potem są bęcki. Ale ja nie o tym. Lubisz, jak ludzie analizują Twoje teksty?

JK: (po namyśle) Taaaaaak. To jest element całej zabawy. A czemu pytasz?

Wasz kolega z trasy koncertowej, Maciej Wasio z zespołu OCN mówił, że na początku miał problem ze śpiewaniem nagrania „Dom”, ze względu na to, że to był bardzo osobisty tekst. Mam wrażenie, że w przypadku płyty „Ciało obce” zaszedłeś w emocjach tak daleko, jak to się jeszcze nigdy nie udało.

JK: Teraz jest za wcześnie by to powiedzieć, bo na razie śpiewam piosenki tylko na próbach, a to jest bardziej przygotowanie techniczne. Najtrudniejsza będzie konfrontacja na pierwszych koncertach. Już tak było, kiedy pierwszy raz mierzyłem się z nagraniem „Nadzy na mróz” i były momenty, kiedy nie mogłem tego dośpiewać.

Wspomniałeś to nagranie. Końcówka płyty składająca się z nagrań „Heroina” i „Nadzy na mróz” brzmi mocno.

JK: Miałem problemy nawet podczas nagrywania tych utworów. Wiesz o czym są te piosenki, utożsamiasz się, a to niezwykle zżera emocjonalnie. Na koncertach zakładam, że będę miał momenty trudniejsze. Ale przechodziłem to już parę razy…
ŁC: Pewnie pomożemy tak, że po wolniejszym zagramy utwór szybszy, by pomóc wszystko wyrzucić z siebie. Poza tym – my koncertowo będziemy wypruci w równym stopniu, bo te emocje się udzielają – choć pozornie to jest tak, że to kolega z zespoły pisze teksty, a my gramy.
JK: Chciałbym mieć taką zdolność, by robić piosenki nie związane z życiem, z emocjami. By potrafić napisać o tym, że przyszła wiosna – podejrzewam, że łatwo się takie rzeczy śpiewa, że ma się swobodę. A to jest pocztówka z ostatniego okresu, emocjonalna pocztówka.

Jak określicie i nazwiecie, zdefiniujecie miejsce, w którym jesteście jako Happysad?

JK: Powoli zaczynamy łapać świadomość, że na scenie polskiej jesteśmy ważnym zespołem. Wielokrotnie odganialiśmy od siebie tę myśl i w ogóle o tym nie rozmawialiśmy ze sobą na ten temat. Jeździliśmy w różne miejsca, zastawaliśmy różne warunki – nie przeszkadzało nam to. Często robimy sobie żarty na temat tego, co robimy. Spotykasz na przykład kumpla po latach i on Cię pyta: „co robisz”, „taki tam licealny projekt ciągnę” pada odpowiedź. Ale zaraz jedziemy do Kawkowa by nagrywać tam płytę, a tam przyjeżdża z nami jakieś trzy tiry sprzętu, jest dużo ludzi, którzy przy tym projekcie pracuje. Kiedy stajesz z boku to masz totalną wzruszkę myśląc sobie „jak do tego mogło w ogóle dojść”. I to ci uświadamia, że gdzieś stało się coś ważnego.
Marcin Bors, realizator płyty, który pracował z wszystkimi wielkimi powiedział obserwując ten obrazek: panowie, ja nie widziałem jeszcze czegoś takiego. To jak na Polskę jest kosmos, że przyjeżdża technika i wam odpowiednio by to idealnie brzmiało ustawia sprzęt.

Może to się po prostu nazywa profesjonalizm.

JK: Tak, ale nie tylko. Zbudowaliśmy wokół siebie grupkę ludzi, którzy się bardzo lubią. Mało w tym jest fabryki, tu nikt nikomu nie każe mówiąc: „macie tu sto złotych i przyjedźcie”. Tu wszystko się odbywa na zasadzie chęci dzielenia ze sobą uczuć. Nieskromnie powiem, że wielu twórców do nas dzwoni i mówi, że zazdrości nam tego, że mamy taka rodzinę, że wszyscy się angażują i to z własnych chęci. A najbardziej wzruszające jest to, że to się stało naturalnie.

Dlaczego pojechaliście do Kawkowa, co tak magicznego jest w tamtym miejscu?

ŁC: Po raz pierwszy nasz zespół odwiedził to miejsce podczas trasy z Muzyką Końca Lata oraz Stanem Miłości i Zaufania w 2007 roku. Mnie z chłopakami nie było, bo tego wieczoru wylądowałem na kroplówkach w ostródzkim szpitalu. Chłopaki tymczasem skorzystali z gościny Jasia Kamionki, kolegi Karola ze Stanu i odwiedzili domek w Nowym Kawkowie. Rano przyjechali pod szpital i podjarani zaczęli opowiadać, że jechali absolutna nocą, wąskimi uliczkami przez las, zaśnieżoną drogą, w jakąś kosmiczną śnieżycę. Potem dojechali, a tam kominek, stół do bilarda, w domu napalone, gorąco, atmosfera przepiękna, cisza, spokój, stary dom niemal w środku lasu, żadnych sąsiadów w promieniu kilometra, była gitara, alko, śpiewy do rana. I kiedy szukaliśmy miejsca na obóz kompozycyjny od razu padło na Kawkowo. Właśnie ze względu na wszystkie wymienione rzeczy. Brak zasięgu telefonicznego, ciszę, spokój, cały dom do dyspozycji. Urządziliśmy tam taką małą komunę. Gotowaliśmy wspólnie, graliśmy wspólnie, a że mogliśmy to granie było do bladego świtu. Za każdym razem przeżywaliśmy to samo. Wracaliśmy tam jak do siebie. W Kawkowie powstała cała płyta “Ciepło/Zimno” i tam postanowiliśmy ją nagrać razem z Leszkiem Kamińskim, który też poddał się urokowi tego miejsca. Nie mógł się nadziwić, ze on w reżyserce siedzi i miksuje album, a tu sarny i jelonki pod okno podchodzą, nietoperze latają pod dachem, a w nocy obok domu kręcą się dziki i lisy.

Teraz domem zajmuje się brat Jasia, Staś, który dom ogarnął, wyremontował, w ponad stuletniej stodole położył drewnianą podłogę, na ścianę dał pleksę, lampy powiesił i nagle w tej zrujnowanej stodole zrobiło się jak w jakimś hotelu SPA (śmiech). Nie mogliśmy wyobrazić sobie lepszego miejsca na nagranie nowej płyty. Wszystkie dziury w deskach, to drewno na podłodze, ta przestrzeń… wszystko grało i brzmiało wspaniale. Marcin Bors wszedł do tej stodoły, popatrzył, pogwizdał, klasnął ze dwa razy i już wiedział, że będzie cudnie. A najlepsze jest to, że domek w Kawkowie można odwiedzić, zarezerwować sobie termin i jechać z rodziną lub przyjaciółmi, bo Staś od niedawna prowadzi tam agroturystykę. Można oddychać bez smogu, jeść regionalne potrawy i odpoczywać. No, magia. Doskonałe miejsce na odcięcie.