Przyjął Pan zaproszenie do udziału w 9. Festiwalu Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy. Jak możliwe jest, według pana - interpretatora muzyki klasycznej, laureata Konkursu Chopinowskiego - połączenie rygoru i piękna klasyki z żywiołem i pewną szorstkością jazzu?

Janusz Olejniczak: Połączenie jest mało możliwe, ale grać można i klasykę, i jazz, a nawet klasykę na jazzowo. Jazzmani mówią o Komedzie, że to romantyk, "Chopin jazzu". Istotnie, widać to w wielu utworach. Grywałem Komedę na moich klasycznych koncertach i w kraju, i zagranicą. Zdarzało się, że pytano mnie potem, czyje to kompozycje, bo „ten Chopin” jest jakiś inny. Kiedy odpowiadałem, że to muzyka do filmów na przykład Polańskiego, niektórzy zaczynali się orientować, i rozpoznawali - no tak, to przecież kołysanka z „Rosemary’s Baby”.

Mam nadzieję, że publiczność usłyszy ten utwór na festiwalu?

Tak, ale zagrają go chłopcy z zespołu Atom String Quartet; występujemy razem i cieszę się, że będę grał z tym wspaniałym kwartetem.

We współczesnej pianistyce, co widać było podczas ostatniego Konkursu Chopinowskiego, wysoko ceni się perfekcyjną technikę. W efekcie słyszy się bardzo podobne wykonania, identyczne interpretacje. W jazzie jest inaczej - gra się po swojemu. Czy na festiwalu zagra pan "po swojemu"?

Nie zagram jak Możdżer, nie zagram jak wielu wspaniałych pianistów, ale, tak – będę grał po swojemu i zobaczymy, jak to wypadnie. Kołysankę wykonywałem wielokrotnie i też troszkę „po swojemu”.

Komeda napisał muzykę do 65 filmów. Pan był nie tylko wykonawcą utworów muzycznych wykorzystanych w filmach, ale też aktorem. Lubi Pan obie te role: muzyka i aktora?

Nawet bardzo. Chociaż dosyć długo trwało, zanim Andrzej Żuławski przekonał mnie do udziału w jego „Błękitnej nucie”. Szanuję aktorów; moją żoną była wtedy Sławka Łozińska, przyjaźniłem się z Danielem Olbrychskim, Romanem Wilhelmim. I ja, amator, miałem grać obok Sophie Marceau?!

Andrzej Żuławski był reżyserem znanym ze specyficznej, niekiedy przybierającej „ekstremalne” formy, pracy z aktorem. Po nakręceniu filmu powiedział Pan, że było to najważniejsze doświadczenie w pana życiu artystycznym. Na czym ono polegało?

To było nie najważniejsze, ale jedno z najważniejszych doświadczeń. Ryzykownie zdecydowałem się wziąć udział w tym przedsięwzięciu – filmie granym po francusku z wybitnymi aktorami. Andrzej jakoś mnie polubił, chociaż swoje przeżyłem. Grałem umierającego Chopina, który pluł krwią, omdlewał, miał ataki gorączki. Żuławski był wyczulony na jakikolwiek fałsz - nie miałem wyjścia – cały czas czułem się chory. Długo po nakręceniu „Błękitnej nuty” dochodziłem do siebie.

Podobno Japończycy, którzy kochają Chopina i Pana kochają, uznali ten film za lekko pornograficzny?

Podczas pobytu w Japonii chciałem kupić „Błękitną nutę” na DVD. Szukałem i szukałem, chciałem dać komuś w prezencie, a sam swoich płyt i nagrań nie gromadzę. Wreszcie jest! Znalazłem w sklepie w dziale z pornosami, pod zmienionym tytułem „Z tajemniczego dziennika Solange”. A na okładce w różowym kolorze – Sophie Marceau z delikatnie odsłoniętą piersią. Zagrałem w soft porno, nawet o tym nie wiedząc. Znajomi żartowali: co ten Żuławski z tobą zrobił.

Grał pan muzykę Chopina do nagrodzonego Złotą Palmą w Cannes „Pianisty” Romana Polańskiego?

A to była poważniejsza sprawa. Było to dla mnie bardzo ważne, że mogłem wziąć udział w tym przedsięwzięciu. U Polańskiego gram muzykę Chopina, ale też rolę Władysława Szpilmana. Naprawdę tam gram, nie ma dublerów.

Podobno, jak pierwszy raz wykonał pan balladę g-moll, to wszyscy na planie, łącznie z Polańskim, płakali?

No tak, ale nie wiedziałem, że to będzie tak, że balladę, która trwa osiem minut, trzeba będzie powtarzać jeszcze dziesięć, dwanaście razy. Polański chciał mieć tę kluczową scenę, kiedy Szpilman gra Chopin przed Niemcem, nakręconą z różnych ujęć. Niemiec był, czapka była, ogórki w słoiku stały… To wszystko robiło wstrząsające wrażenie – Szpilman grał o życie. W rzeczywistości pewnie wykonał jakiś krótszy utwór, może nokturn, ale nie balladę, Hollywood jednak ma swoje prawa.

Ale na ekranie widzimy Adriena Brody'ego jako Szpilmana…

Mnie po prostu łeb ucięli i komputerowo wstawili głowę Brody’ego, ot i to cała tajemnica. Ale to ja gram, łącznie z finałem. Te sceny finałowe długo trwały. Zdarzyła się taka śmieszna historia - miałem zaproszenie na koncert na Zamku Królewskim i poszedłem ucharakteryzowany tak, jak byłem na planie. Ubrany na czarno, wyglądałem jak wampir. Wszedłem, zagrałem, powróciłem na plan.

Jak się pracuje z Romanem Polańskim, bo na ten temat krążą legendy.

Polańskiego wcześniej nie znałem. Poznałem go na planie. To było zupełnie niezwykłe doświadczenie. On pracuje na 150 albo nawet i na więcej procent. To raczej niespotykane. Wszyscy na planie zajmują się swoją pracą: aktorzy, scenografowie, kostiumolodzy, charakteryzatorzy, a na przykład, jeśli pióro jest położone centymetr nie tak, szklanka postawiona trochę inaczej, to Polański podchodzi i przesuwa, przestawia; dokładnie musi „podpisać”, postawić autograf przy każdym ujęciu. Jest skoncentrowany i pełen energii, ale płaci chyba za to wysoką cenę. On odpowiada nie tylko za reżyserię, ale i całą wysokobudżetową produkcję. Napięcia są ogromne.

Pamiętam, jak podczas pożegnalnego bankietu w Berlinie, gdzie kręcona była większa część scen „Pianisty”, Polański palił cygaro. Po całym dniu pracy, przy jego posturze, taka mocna rzecz jak cygaro, to nie było najlepsze dla niego. Stałem obok niego z Gene Gutowskim i Polański omdlał na naszych rękach. Panika w całej restauracji. Przyjechała karetka. A następnego dnia rano Polański zdrowszy od nas wszystkich pojawia się na planie. Młody duchem i pełen wigoru jest Polański, można pozazdrościć. Jest człowiekiem filmu i żyjącym dla filmu. A ja po dziś bardzo lubię ten filmowy świat.

Trwający właśnie Wielkanocny Festiwal Beethovena odbywa się pod hasłem „Beethoven i sztuki piękne”. Pan kiedyś powiedział, że jest kompletnie niewrażliwy na sztuki wizualne. Trudno w to uwierzyć…

A jednak tak jest; uważam, że nie ma żadnego przełożenia malarstwa na muzykę i odwrotnie.

A co z wielkimi utworami klasycznymi Rachmaninowa, Musorgskiego, Beethovena, powstałymi pod wpływem sztuk pięknych, a nawet jako inspiracja konkretnymi obrazami, jak np. „Wyspa umarłych" Rachmaninowa, napisana pod wrażeniem obrazu Arnolda Boecklina o tym samym tytule? Nie lubi pan takich utworów grać?

Gram, ale skupiam się na muzyce, a mniej na pochodzeniu utworu. Przytoczę anegdotę. Miałem 20 lat i byłem w Paryżu. Zostałem zaproszony do Artura Rubinsteina do domu. Coś tam gram, razem gramy. Rubinstein mówi: „daj spokój, i tak Cię publiczność wszystkiego nauczy”. Siedzę przy fortepianie, ale cały czas z kąta coś na mnie patrzy. Miało to z siedem metrów. Mówię: „Mistrzu, co tam jest, co bardziej przykuwa moją uwagę bardziej niż – przepraszam - pańska obecność". Wykazałem się dużą odwagą. A Rubinstein na to: "A, to Picasso mi zostawił". No i myślę, że to już na zawsze określiło moje relacje z malarstwem.

Widywano pana na Jazz Jamboree. Lubi Pan jazz?

Naturalnie, spotkamy się przecież wkrótce na Festiwalu Komedy.

Rozmawiała Anna Bernat (PAP)

Janusz Olejniczak, wybitny polski pianista, laureat Konkursu Chopinowskiego w 1970 r., znany w kraju i zagranicą interpretator muzyki Chopina. Wystąpił w filmie Andrzeja Żuławskiego "La note bleu", "Pianiście" Romana Polańskiego; nagrał ścieżkę dźwiękową do filmu "Chopin, pragnienie miłości" w reż. Jerzego Antczaka.

9. Festiwal Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy odbędzie się 22 kwietnia w Sali Kameralnej Filharmonii Narodowej w Warszawie.