Tomasz Lach, pasierb legendy jazzu, wybitnego pianisty i kompozytora - Krzysztofa Komedy, poznał swojego ojczyma gdy miał 5 lat. Latem 1956 roku, w Sopocie, w trakcie I Festiwalu Jazzowego, gdy kariera muzyka zaczynała nabierać tempa. W grudniu 1967 roku Komeda wyruszył do Hollywood, aby zrealizować muzykę do filmu Romana Polańskiego "Dziecko Rosemary" i stać się światowej sławy kompozytorem. Jesienią 1968 roku w USA doznał tragicznego wypadku, wskutek którego zmarł 23 kwietnia 1969 roku. W książce "Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych" Tomasz Lach opowiada o tych 13 latach ich wspólnego życia.

Jaki był Krzysztof Komeda?

Uporządkowany.

Tego pana nauczył?

To była jego cecha szczególna. Zawsze składał ubrania w równą kosteczkę. Ja nauczyłem się tego dopiero w wojsku. Owszem, gdy mieszkaliśmy w małej norce w Krakowie, to zdarzały mu się momenty bałaganiarstwa, ale w domu na warszawskim Żoliborzu był już pełny porządek. Być może narzucony przez moją matkę, ale to ona zawsze podawała mi Krzysztofa jako wzór.

Podczas pracy też był taki poukładany?

Wszystko robił dosłownie na dzwonek. Wstawał chwilę po moim wyjściu do szkoły, około 8.15. Bardzo mocno przestrzegał higieny. Codziennie się kąpał, mył ręce przed każdym posiłkiem. Jego śniadanie składało się z tych samych składników – dwóch jajek na miękko oraz kajzerki z plastrem żółtego sera. To było pieczywo, które uwielbiał. Do tego kawa z mlekiem. Po śniadaniu zamykał się w pokoju i pracował. W ciągu dnia Zosia wnosiła mu obiad, czasem on sam wychylał się zza drzwi i prosił o herbatę. Podczas pracy palił, ale się nie zaciągał. To jego palenie wyglądało tak, że na popielniczce zostawały 3-4 wypalone papierosy z wężykami popiołu. Pracował do skutku. Czasem dzień, czasem dwie, a nawet trzy doby. Wtedy ja i moja matka mieszkaliśmy i spaliśmy w kuchni.

Można zażartować, że z wcześniej wykonywanego zawodu pozostała mu chirurgiczna precyzja.

Niewątpliwie. Od momentu porzucenia pracy lekarza, nigdy nie opowiadał o tym okresie swojego życia. Kiedy ktoś żartobliwie, w rozmowie prosił go o zdrowotną poradę, odpowiadał, że nie jest lekarzem, ale muzykiem jazzowym. Te elementy medycznego rygoru jednak w nim zostały. Na pewno wykorzystywał je w próbach wychowywania mnie.

To były raczej krótkie lekcje?

Książka opowiada o 13 latach naszego wspólnego życia. Dopiero teraz wyraźnie widzę, że te moje wspomnienia, ta moja pamięć o nim składa się z elementów i momentów, gdy on się pojawiał albo był przez chwilę w moim życiu obecny. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć chociażby
wspólnych wypadów do kina. Takowe odbywały się tylko wtedy, gdy wybieraliśmy się na premierę filmu, do którego Krzysztof tworzył muzykę.

A wspólne wakacje?

Wyprawa na skuterze nad Wisłę, spotkanie na Mazurach, gdy razem z moją matką przyjechali do mnie na obóz żeglarski. W swojej pamięci mam Krzysztofa, który albo pracował, albo gdzieś z Zosią wychodził. Spokojne wieczory w naszym domu wyglądały tak, że matka coś czytała, a on leżał, myślał i często z tego łóżka wyskakiwałby coś sobie zapisać na papierze nutowym. A co do wakacji to dwukrotnie byliśmy w Jugosławii, w której spędziliśmy dwa miesiące, i raz w Skandynawii.

Może to właśnie te krótkie chwile były kluczem i siłą waszej relacji?

Myślę, że coś w tym jest. Poza tym Krzysztof robił wiele takich rzeczy, których ja nie potrafiłem. Rewelacyjnie pływał. Świetnie jeździł na nartach, choć przez chorobę Heinego-Medina, którą przeszedł, jedną nogę miał trochę krótszą.

Tego pływania nauczył pana w bardzo nietypowy sposób…

Na dywaniku w salonie. Kazał mi się na nim położyć i machać rękoma i nogami. Do 5 roku życia mieszkałem z babcią. I choć babcia była stomatologiem, to nie pilnowała mojej diety. Byłem wyrośniętym chłopakiem z głową dziecka, ale strasznie otyłym. Nie uprawiałem sportu, tylko siedziałem w książkach, bo babcia nauczyła mnie czytać już, gdy miałem cztery lata. Zosia wiele razy wspominała tę naukę pływania z Krzysztofem. Kładł się na tym dywanie obok mnie i razem trenowaliśmy. Próbował też nauczyć mnie jeździć na nartach.

To było dla niego kompleksem?

Dosyć sporym. Starał się to jak tylko się dało tuszować. Szalał na nartach jak wariat, w Chorwacji skoczył do wody z bardzo wysokiej skały. Nie był najlepszym kierowcą, ale kupił sobie czerwone BMW i mimo wielu kolizji, jeździł nim i trochę szpanował. W ten sposób udowadniał chyba przede wszystkim samemu sobie, że nie jest gorszy, że choroba nie odebrała mu i nie odbierze radości życia.

Był taki moment, kiedy poczuł pan, że Komeda jest pana ojcem?

Chyba nigdy do końca nie uwierzyłem w to, że nim jest. Kiedy przeczytałem książkę jeszcze raz, przed oddaniem jej do druku, zauważyłem, że mało ciepłych słów kieruję pod adresem mojej matki. Prawda była taka, że nie miała zbytnio czasu na wychowywanie mnie. Tematem numer jeden był dla niej Krzysztof. Na nim skupiała się cała jej uwaga i być może jej pomysłem na moją osobę było to, aby wpływał na mnie, pozytywnie. Być może to ona namówiła go, aby nauczył mnie pływać, kupił mi rower i piłkę.

Ta piłka była chyba niezbyt szczęśliwym pomysłem?

To była fantastyczna historia, bo chwilę po tym, jak ją od niego dostałem, to wybiłem nią okno, za którym siedział. Chciałem zaimponować starszym kolegom i udowodnić, że umiem strzelać gole. Tak strzeliłem, że wylądowała na jego pianinie, które stało przy tym oknie, a on akurat trenował jakąś kompozycję. Nie zrobił mi awantury, tylko serdecznie i szczerze się zaśmiał.

To prawda, że miał kompleks, że nie umie dobrze grać?

Gdy zaczął występować w Piwnicy pod Baranami, stwierdził, że bardzo chciałby być dobrym pianistą. Wpadał z tego powodu w stany depresyjne. Wciąż uważał, że nie jest dosyć sprawny. Przed koncertami muzycy strasznie narzekali, że Krzysztof robi kilkanaście prób, a wystarczyłyby dwie albo trzy. Pamiętam, że potrafił całe dnie spędzać przy pianinie i grać w kółko kilka nut. Pracował nad swoim warsztatem do upadłego. Wstydził się też tego, że słabo mu idzie pisanie nut. Korzystał z pomocy Jana Ptaszyna Wróblewskiego, by doskonalić swój warsztat.

O czym jako kompozytor najbardziej marzył?

Momentem, w którym zdecydował zostać kompozytorem, było spotkanie z Romanem Polańskim. Pracował nad muzyką filmową i jazzową. Rok 1965 to był rok, kiedy skupił się na docenianej do dziś płycie "Astigmatic". Po wielkim sukcesie "Rosemary’s Baby", kiedy stał się popularnym kompozytorem, znalazł się w pępku filmowego świata w USA, zaczął marzyć o muzyce do westernu. Dostał nawet propozycję skomponowania muzyki do jednego z takich filmów, ale aktorzy zażyczyli sobie takich gaży, że obrazu w końcu nie zrealizowano. Chwilę później pojawiła się kolejna propozycja napisania muzyki do westernu, ale gdy produkcja wystartowała, już nie żył.

Przybrany ojciec spełniał pana dziecięce marzenia?

Wiele razy tak było. Pierwsze farby, kredki do rysowania dostałem od Krzysia i Zosi. Tolerowali moją pasję do rysowania i malowania, a nawet to, że gdy pewnego razu przyjechałem do nich do Krakowa, zabazgrałem im całą ścianę. Krzysztof pozwalał mi łamać swoje ołówki, które zawsze miał idealnie zatemperowane i poukładane, oraz zużywać papier nutowy. Kiedy zainteresowała mnie fotografia, pierwszy aparat też dostałem od nich. Krzysztof dawał mi pieniądze, żebym mógł sobie kupić filmy. Od znajomych z Anglii ściągnął mi płytę Beatlesów.

I po tych wszystkich dosyć znaczących gestach nie czuł pan, że Komeda jest pana ojcem?

Nasza relacja była bardzo kumpelska. On pojawiał się w moim życiu na chwilę i potem znikał. Bałem się, że mi go kiedyś zabraknie. Jednocześnie broniłem się przed tym, by przed samym sobą uznać go za ojca. Sam powiedział kiedyś, że ojcem nie jest ten, który spłodził, ale ten, który wychował.

Gdyby tym ojcem nie chciał być, to chyba nie zamierzałby ściągać was do Stanów? Pamięta pan, kiedy po raz pierwszy pojawiły się takie plany?

Rozmowy o naszej ewentualnej emigracji rozpoczęły się niedługo po pojawieniu się takiej propozycji dla niego. Plany były takie, że wyjedziemy, ale zakotwiczymy w Europie. Wybranym przez moją matkę miejscem były Włochy. Krzysztof, będąc w USA, stwierdził jednak, że ściągnie nas do Ameryki. A być może miał ten plan w głowie już przed wyjazdem, bo naciskał, a to żebym zrobił prawo jazdy, a to żebym uczył się angielskiego. Był introwertykiem, który nie mówi, co planuje, co mu chodzi po głowie, tylko informuje o swojej decyzji.

A pamiętam pan swoje poważne rozmowy z Krzysztofem?

Było ich kilka. Pierwsza odbyła się, gdy miałem jakieś 9 lat. Byłem dzieckiem z rozbitej rodziny, wychowywanym przez matkę, nie do końca wierzącym w to, że ta rodzina kiedykolwiek się pojawi. Miałem dużo traum i stresów. Jednym z nich było to, że do 17 roku życia się moczyłem nie tylko w nocy, ale i w dzień. Miałem z tego powodu ogromne kłopoty z relacjami towarzyskimi. Pewnego dnia, gdy zostałem wyśmiany przez jednego z kolegów, walnąłem go kamieniem w głowę i o mało nie zabiłem. Zostałem relegowany ze szkoły, musieliśmy razem z babcią przeprowadzić się do innego miasta. Krzysztof wziął mnie na stronę, powiedział, żebym nigdy więcej tego nie robił, ale przyznał mi rację, że trzeba być twardym i umieć się bronić. Innym razem podczas wagarów z kolegami spaliliśmy szopę na plaży w Sopocie. Skończyło się przesłuchaniem na milicji. Krzysztof przyjechał po mnie sam, bez matki i też poważnie ze mną porozmawiał. Zosi o całym zdarzeniu powiedział niewiele.

Trzymaliście męską sztamę?

To, że się nawzajem kryliśmy, bardzo denerwowało matkę. On ukrywał przed nią moje rozróby, a ja jego występki. Pamiętam, jak Zosia wyjechała do sanatorium, a my zostaliśmy sami w domu. Ja poszedłem do kolegi, który miał wolną chatę, żeby pić i palić, a on zaprosił swoich kumpli. Wcześniej ugotowaliśmy ogromny garnek węgierskiego gulaszu. W nocy, gdy Krzysio i jego koledzy byli już pijani, postanowili się tym gulaszem uraczyć. Gdy nieśli go do pokoju, urwało się ucho i cała zawartość wylądowała na podłodze. Krzysztof próbował to rano wyczyścić, ale nie dało rady. W dwa tygodnie trzeba było przeprowadzić gruntowny remont mieszkania - wycyklinować podłogi i odmalować ściany. Udało mu się też ściągnąć z Gruzji nowy czeski garnek. Gdy Zosia wróciła, powiedzieliśmy, że ten cały remont to taka niespodzianka dla niej. O tym, jak było naprawdę, dowiedziała się dopiero dwa lata przed śmiercią. Ta męska solidarność miała jednak też swoje szare strony.

Co ma pan na myśli?

Gdy miałem 12 lat, nakryłem Krzysztofa na romansowaniu z początkującą aktorką. Byliśmy razem z nią na spacerze na sopockim molo. Gdy kupowała nam lody, Krzyś cmoknął ją prosto w usta. Pech chciał, że widziała to Zosia. Zrobiła się afera, ale ja milczałem. Od początku zakładałem, że go nie zdradzę. Miał do mnie ogromne zaufanie. Wiele razy mówiłem o nim, że patrzy na mnie okiem i wsłuchuje uchem doktorskim. Taka była jego metoda wychowawcza. Myślał zapewne, że jako syn będę mu towarzyszył do końca życia.

Jak się do Pana zwracał?

Używał zwrotu "stary". To był ówczesny środowiskowy żargon. Tak mówił do kumpli i tak mówił do mnie, bo traktował mnie jak kumpla. Zosia też częściej mówiła do mnie "stary" niż po imieniu. Kiedy wychodziła, my z Krzysztofem mówiliśmy o niej "Zośka", a przy niej "Zosiu".

Czy Komeda przeklinał?

Jeden jedyny raz go na tym złapałem. Poszliśmy razem nad Noteć. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, jedliśmy kanapki. W pewnym momencie zapytał mnie, w którym miejscu najczęściej pływam. Była wczesna wiosna, w zakręcie rzeki tworzyło się małe jeziorko. Podbiegłem tam i wpadłem w rwący nurt. Krzysio za mną skoczył i na szczęście mnie uratował. Po wszystkim siarczyście zaklął i jeszcze kilka razy to powtórzył, gdy wracaliśmy przemoczeni.

Nigdy więcej pan tak ostrych słów od niego nie usłyszał?

W naszym wspólnym życiu przeklinała głównie Zosia. Krzysztof jeszcze raz użył przysłowiowej "k…", gdy w Krakowie w bramie kamienicy, w której mieszkałem, spotkał się z moim biologicznym ojcem – nazywanym "panem Lachem". Nie wychowywał mnie, ale miałem z nim kontakt. Wpadał, by wypłacać mi alimenty, a czasem odwrotnie - by jakieś pieniądze "pożyczyć". Poskarżyłem się kiedyś Zosi i Krzysztofowi, że przychodzi do mnie pijany, raz przyszedł z butelką wódki i się upił na moich oczach. Kiedy zderzył się z Krzysztofem na tej klatce schodowej, nie chciał się przywitać i, odwracając się na pięcie, krzyknął do mnie: "Będę jutro, pamiętaj o forsie". Nie wiedziałem za bardzo, jak się zachować. Poczułem, że nie wiem, kim jestem. Krzysztof chyba to zauważył i właśnie wtedy padły te słowa "Stary, jak ty, k…, z nami wytrzymujesz". Odebrałem to jako próbę załagodzenia sytuacji, kumpelskie współczucie. To była jedna z tych krótkich chwil, w których poczułem, że to ten realny, namacalny ojciec.

Co pan pamięta z chwili wyjazdu Komedy do Stanów?

Pożegnanie miało odbyć się w Wigilię. Zosia zaprosiła wszystkich jego przyjaciół m.in. Ewę Demarczyk, Czesława Niemena, Ewę Frykowską. Nagle okazało się, że Krzysztof musi zmienić swoje plany i wyjechać nie po Nowym Roku, a jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Zosia zadzwoniła i kazała mi przyjechać wcześniej. Ten ostatni wieczór spędziliśmy wśród poustawianych w równych rzędach butów Krzysia, jego koszul, które matka pakowała do walizek. Pożegnaliśmy się pod domem, klepnięciem w ramię, które odebrałem jako "Cześć Stary. Zobaczymy, jak to będzie". W końcu mieliśmy się niebawem spotkać.

Plany się jednak zmieniły…

Zosia pojechała do Stanów i nie wytrzymała presji Hollywood. Do tego doszła zdrada z jego strony. Wydawało jej się, że nadal będzie zarządzać Komedą, będzie prała mu skarpetki i decydowała o tym, z kim podpisze umowę, a z kim nie. Zabrała nawet ze sobą maszynę do pisania. Marek Niziński (fotograf i przyjaciel Marka Hłaski oraz Krzysztofa Komedy mieszkający w Stanach Zjednoczonych – przyp.red.) zawiózł ją pod kilkupiętrowy budynek wytwórni i powiedział, że umowy to podpisuje się w tam. Wróciła z tych Stanów i myślała, że przeciągnie go na swoją stronę, że Krzysztof za nią wróci, ale przeceniła sytuację. On sam w jednym z listów do przyjaciela, który niedawno wpadł mi w ręce, napisał, że jest zmęczony całą sytuacją i to chyba koniec małżeństwa z Zosią. Ona po powrocie do Polski nie odbierała od niego telefonów, a w tamtych czasach dodzwonić się do Polski nie było tak łatwo. To mnie kazała z nim rozmawiać.

A gdyby to wszystko potoczyło się inaczej? Gdyby nie doszło do wypadku. Czy odnalazłby się w polskiej rzeczywistości?

Kiedy teraz po latach analizuję jego psychikę, lekarski wzrok i chłodne reagowanie, nawet trochę zwariowane, jednak niewyreżyserowane. Myślę, że na pewno by nie wrócił. Być może odwiedzałby Polskę, ze względu na poznańską rodzinę, którą bardzo kochał. Z pewnością jednak do późnych lat 80. byłby uciekinierem.

A jak potoczyłyby się Wasze losy jako rodziny?

Miał swoje zasady, był honorowy i na pewno sprawę emigracji mojej i Zosi doprowadziłby do końca, niezależnie od konfliktu, jaki narastał między nimi. Czy by się rozwiedli? Nie wiem. Krzysztof miał w Stanach kochankę, ale nie była to relacja tak mocna i głęboka, jak się mojej matce wydawało. Mam ogromny żal do osób, które przez lata ukrywały korespondencję, z której jasno wynikało, że ta kobieta nie była wcale konkurencją dla Zosi.

Stanąłby po którejś ze stron trwającego obecnie sporu politycznego?

Krzysztof nie cierpiał polityki. Był kompletnie od niej odseparowany. Nie cierpiał też wspomnień. Nigdy nie wspominał wojny, był pacyfistą. Kiedy próbowałem z nim rozmawiać chociażby na temat wojennych filmów, nie podejmował dyskusji. Raz, a może nawet dwa, odmówił napisania muzyki do filmu wojennego. Wyjątkiem było "Prawo i pięść". A wracając do pytania, nie wydaje mi się, by stanął po jakiejkolwiek ze stron. Zosia owszem. Byłaby z pewnością po stronie tych skrzywdzonych. Gdyby w opozycji był PiS, byłaby za nimi, jeśli teraz jest PO, to byłaby za PO.