Przed wydaniem ostatniej płyty mówiliście, że chcecie napisać weselsze niż dotychczas piosenki. Chyba nie poszło po waszej myśli, bo "High Violet" to najsmutniejszy album w historii zespołu.

Scott Devendorf: Nie do końca nam się udało, chociaż nie sądzę, żeby "High Violet" było aż tak smutne. Jest tam parę pozytywnych momentów. W rzeczywistości jesteśmy przecież wesołymi ludźmi, ale kiedy wchodzimy do studia i bierzemy instrumenty do ręki, ujawnia się nasza mroczna strona.

Podczas waszego koncertu na Off Festivalu w Katowicach dwa lata temu pokazaliście, że na scenie pozytywne wibracje wygrywają z mrokiem. Taniec i skoki w publikę – czy tego możemy się spodziewać też podczas waszych najbliższych koncertów w Polsce?

Numery z płyty nabierają na scenie nowego życia. Bardzo często brzmią inaczej niż oryginał, bo w studio składamy je w jedną spójną płytę – w związku z tym powinny się łączyć. Podczas każdych koncertów numery z ostatniego albumu mieszamy z wcześniejszymi, dzięki temu nie musimy się tak bardzo trzymać ich pierwotnych wersji. Z przyjemnością gramy ostrzej albumowe ballady. O ostatecznych wersjach numerów w dużej mierze decyduje publika. Patrzymy, na które lepiej reaguje. Poza tym zmieniamy kawałki i przyśpieszamy, bo zagranie nawet najfajniejszych, ale tych samych 20 smutnych piosenek co wieczór przez pół roku byłoby po prostu nudne.

Swoje partie na płytę nagrywaliście pojedynczo, nie potraficie wspólnie pracować w studio?

Po ostatniej trasie zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy i postanowiliśmy zbudować własne studio. Jednak jest na tyle małe, że nie zmieści całego zespołu. Dlatego nagrywaliśmy osobno. Nie znaczy to jednak, że nie dogadalibyśmy się przy nagrywaniu materiału wspólnie. O płycie myślimy na długo przed jej nagraniem, rzeźbimy koncepcję. Nagrywanie partii solo to tylko finalny efekt wielu godzin wspólnych rozmów i prób. Taki wypracowaliśmy sposób i bardzo dobrze nam się tak nagrywa.

Podobno piszecie tak muzykę, żeby pasowała do słów już napisanych przez Matta Berningera?

Zazwyczaj to wygląda tak, że Aaron czy Bryce piszą melodie, ja z bratem Bryanem coś do nich dokładamy i wysyłamy Mattowi. On próbuje dopasować numery do tego, co napisał. Muszę przyznać, że nie jest to najbardziej efektywny proces, bo wiele demówek pozostaje niewykorzystanych, ale tak pracujemy i to przynosi dobre efekty.

Chyba nie macie wyjścia, bo Matt jest jedynym, który pisze teksty.

Faktycznie, ciężko nam z jego metodą polemizować.


Podczas ostatnich wyborów w USA poparliście Baracka Obamę. Jak teraz podchodzicie do jego prezydentury, do Nagrody Nobla dla niego?

Kiedy zostajesz prezydentem, musisz pracować według pewnych schematów, stajesz się trochę maszyną, dlatego nie liczyliśmy na coś wyjątkowego. Wiele mu się nie udaje, ale przynajmniej próbuje. To według nas wciąż najlepszy kandydat. Mieliśmy zresztą okazję spotkać go osobiście. W zeszłym roku graliśmy w Wisconsin na wiecu poparcia dla niego. Po przemówieniu i koncercie spotkaliśmy się z nim.

Jesteście często porównywani do brytyjskiej nowej fali gitarowej – The Editors, Franz Ferdinand. Śledzicie to, co dzieje się w muzyce na Wyspach?

Wiem, że zestawiają nas dziennikarze, ale nam bliżej do kapel sprzed lat – The Smiths, Pulp czy Joy Divison. Zresztą w zeszłym roku otrzymaliśmy nagrodę magazynu "Q" za "High Violet" i – co było dla nas chyba ważniejsze niż samo wyróżnienie – wręczył je nam Bernard Sumner z Joy Division. Wraz z Talking Heads są dla mnie największą inspiracją. Tina Weymouth z Talking Heads, Rick Danko z The Band czy Peter Hook z Joy Division to dla mnie najlepsi basiści. Mają swój charakterystyczny, melodyjny, rytmiczny styl.

Jako nastolatek zacząłeś grać na gitarze. Czy to dlatego, że brat wybrał perkusję?

Najpierw razem z bratem grałem na skrzypcach. Od kiedy zaczęliśmy się interesować rockiem, zespołami The Band, Led Zeppelin czy wczesnymi Red Hot Chilli Peppers, ja grałem na gitarze, a brat Paul na perkusji. Nie było kłótni co do wyboru instrumentu. Rywalizowaliśmy za to, jeżdżąc na deskorolce.

Ze strony ojca masz po części polskie korzenie. Masz z naszym krajem stały kontakt?

Niestety nie znam dokładnie historii rodziny. Ojciec zmarł, gdy miałem kilka lat, i nie zdążył mi o tym opowiedzieć. Mam jednak wielu przyjaciół Polaków z Nowego Jorku. Obiecuję, że przed następną rozmową przepytam moich dziadków o szczegóły mojego pochodzenia.